FELIETON

Biedny, oj biedny nasz język ojczysty!

 
 
 
 
 
Anna Plaszczyk
 
Biedny, oj biedny nasz język ojczysty!
 
Fot. Witt Kornaś
 
Jedni wstydzą się go, drudzy bez żadnego obciachu go nadużywają, plotąc bezustannie o niczym – takiego oto “odkrycia” dokonałam podróżując pociągami. Pociąg relacji Szczecin Główny – Kraków Główny. Wsiadam do pociągu w Poznaniu, do przedziału, w którym najwidoczniej od samego Szczecina “rządzą” trzy nastolatki.
 
Podłogę pokrywa gruba warstwa okruszków po chipsach i paluszkach, do tego stosy skórek z pomarańczy. Młode damy, zmierzające do Wrocławia, robią więcej wrzasku niż cała klasa starszaków z przedszkola za miedzą. Szybko się dowiedziałam, że jedna z nich nie ma jeszcze noclegu i że na studia będzie musiała iść w Szczecinie, bo we Wrocławiu nie ma kierunku, który chce studiować.

Niestety, później nastąpiły rozmowy o tym, jak która na którego chłopaka strzeliła focha. Za chwilę jedna z nich dostała od jakiegoś przystojniaka (tak wynikało z relacji) sms z pytaniem, kiedy będzie we Wrocławiu. Po minucie druga również dostała tego smsa od tegoż samego amanta. Trzecia sprawdza telefon – jest i u niej takiż sms.

Obok mnie siedzi starszy pan, który usiłuje spać. Ja mam słuchawki w uszach. Radosne szczebiotanie o niczym co chwilę przecina jak nożem klimat oglądanego przeze mnie brytyjskiego kryminału. W warstwie językowej wszystko odbywa się skrótami i zdaniami bez ładu i składu. Kiedy wysiadają, zastanawiam się, jak uda się im zdać maturę.

We Wrocławiu ich miejsce w przedziale zajmują dwie dziewczyny, na oko – studentki. Mówią po angielsku i nie są tak krzykliwe. Ich akcent jest jednak daleki od akcentu lektorów BBC, więc pewnie pochodzą z różnych państw i rozmawiają po angielsku. Możliwe, że jedna z nich jest Polką, która postanowiła pokazać koleżance swój kraj – rozmyślam w spokoju, bo po zmianie uczennic na obcojęzyczne studentki w przedziale zrobiło się cicho i błogo.

W pewnej chwili jednej z dziewczyn dzwoni telefon. Odbiera go radosnym “Heloł”, a później szczebioce po… polsku. Co chwila w polskie zdania wplata angielskie słówka, jakby nie pamiętała, jak dane wyrazy brzmią w języku ojczystym. Pożegnała się, naturalnie, po angielsku i wróciła do pogaduszek z koleżanką. Mimowolnie zaczęłam je obserwować. Dziewczyna numer dwa przeklinała po cichu po angielsku na pełen kosz na śmieci. Ale kiedy przyszedł konduktor – odezwała się do niego również po… polsku.

Widocznie dziewczyny mają jakiś kompleks i nawet w ojczyźnie wstydzą się swojej narodowości. Bo jaki może być inny powód używania obcego języka do przeklinania na kosz na śmieci? Cała ta sytuacja zaskoczyła mnie i sprawiła, że utraciłam grunt pod nogami. O przyszłości naszego języka zadecydują dziewczynki, które używając skrótowców gadają o sprawach nieistotnych albo osoby, które tego języka się wstydzą, wolą myśleć i mówić po angielsku.

Tymczasem czytelnictwo w Polsce kuleje. Trudno w to uwierzyć, ale Polacy nie czytają nie tylko książek czy czasopism, ale nawet internetu nie czytają. Z drugiej jednak strony wśród moich znajomych coraz bardziej popularne jest stawianie sobie poprzeczki coraz wyżej. Na przykład – jedna książka tygodniowo. Lub – 100 rocznie. Inni włączyli się w akcję “Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka”. Na marginesię trzeba przyznać akcji, że jest genialna w swojej nośności.

A jak wygląda mój czytelniczy rachunek sumienia? Internet czytam codziennie – po polsku i po angielsku. Książki i prasę połykam w pociągach, autobusach, tramwajach. Co więc robię w czasie wolnym? Czytam ustawy, rozporządzenia, zarządzenia, orzecznictwo, w tym wyroki NSA, TK etc. Zdarzają się też podręczniki do fizyki i poważne opracowania z dziedziny hipologii, również w języku angielskim. Niestety, nie wiem, czy liczą się one za pozycje książkowe, prasę czy internet. A może nie liczą się wcale?

(em, 1 lutego 2015)