WYDAWNICTWA ZAKOPIANINY

ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdział 8

 
 
 
 
 
Mariusz Koperski
 
ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdział 8
 
 
Rozdział 8
 
- Nie byłem z nim w Kanadzie. Ale coś niecoś, mogę panom opowiedzieć. Proszę usiąść.
Zastępca naczelnego Robert Drzewiecki, który po śmierci Rylskiego automatycznie przejął kierowanie „Przeglądem Tatrzańskim”, był tęgawym, łysawym mężczyzną koło sześćdziesiątki. Wyglądał obleśnie. Karpiel pomyślał, że jak będzie tyle palił i pił, to też taki wkrótce będzie i ogarnęło go przygnębienie. W takich chwilach myśl „Chłopie, weź się za siebie” przeradzała się w złość na własną niemoc i lenistwo. Przez tydzień albo dwa ćwiczył intensywnie na siłowni i wyrzucał każdą napoczętą paczkę papierosów. Potem wszystko wracało do normy.
- Muszę panom powiedzieć, że wiadomość o śmierci Janka wcale mnie nie tak bardzo nie zaskoczyła – powiedział Drzewiecki rozsiadając się na skórzanym fotelu za biurkiem.
- Tak? Jak to? – spytał szczerze zaintrygowany Karpiel.
- Oczywiście nie wiedziałem, że odbierze sobie życie, ale byłem pewny, że wkrótce stanie się coś złego. To, co wyprawiał w ostatnim czasie, musiało doprowadzić do jakiejś tragedii. Szkoda tylko jego rodziny.
- Niech pan najpierw opowie, co się stało w Kanadzie – poprosił komisarz.
- Właściwie to nie wiem całkiem na pewno. Program pobytu obejmował kilka imprez oficjalnych. Nie było oczywiście takiej pompy jak w Stanach. No wiecie, Toronto to nie Chicago. W delegacji było kilkanaście osób, poza dwoma dziennikarzami od nas trochę radnych z miasta i powiatu,  ze starostą na czele. Dzięki temu zniknięcia Rylskiego prawie nikt z gospodarzy nie zauważył. Ale nasi nie byli zachwyceni.
- Zniknięcia? Rylski zniknął? – komisarz o mało nie wstał z wrażenia.
- Tak, na kilka dni.
- I nikt nie wie, co się z nim wtedy działo?
- Nie jestem pewien. Mnie w każdym razie nic nie powiedział. Nie chciał. Zbył mnie, że to nic ważnego. Trochę się o to zresztą pokłóciliśmy. Może ten dziennikarz od nas, który był z nim, wie coś więcej .
- Byliście przyjaciółmi? – tym razem spytał Hermann.
- Ja i Rylski? Nie, byliśmy dobrymi kolegami. Od czasu do czasu spotykaliśmy się na piwie. Ale i to po jego powrocie z Kanady się skończyło.
- A co się zaczęło? – pytał dalej pułkownik.
- Szaleństwo. Nie wiem, jak inaczej mam to nazwać. On naprawdę zachowywał się czasami, jakby postradał zmysły. Wiedzą panowie, że zostawił żonę i dziecko? – dziennikarz wydawał się być szczerze wzburzony.
- Tak, podobno kogoś miał? Wie pan coś o tym?
- Były plotki. Ale nie mówiło się raczej o kimś konkretnym. Po prostu ludzie gadali, dlaczego ją zostawił.
- Coś jeszcze?
- O tak. To, co wyprawiał w gazecie. Wiecie panowie, jak Rylski trafił do Zakopanego?
Drzewiecki nie czekając na potwierdzenie lub zaprzeczenie, opowiedział im mniej więcej tę samą historię, którą Karpiel znał już od Hermanna.
- My byliśmy wtedy małą gazetką, która z trudem się sprzedawała, nawet przy braku konkurencji. Rylski spadł nam jak z nieba. Świetny dziennikarz, doskonały organizator i miał tu swoich fanów. Prawie od razu został naczelnym. Dla większości z nas był po prostu mentorem, naprawdę sporo się od niego nauczyliśmy. Poza tym był naprawdę sympatycznym facetem. Dał się lubić. Był ostry jako szef, ale potrafił też docenić czyjąś pracę i talent.
- Ładnie to pan powiedział. Nada się jako tekst pożegnalny do waszej gazety – wtrącił Karpiel.
- Owszem, ale to, co teraz powiem, już nie. Rylskiemu po powrocie z Kanady odbiło. Stracił umiar, zaczął pisać teksty, które mogły zaprowadzić nas na granicę katastrofy, a na pewno do sądu.
- Co to za teksty?
- Zaczął dobierać się do skóry paru osobom, których nie lubiliśmy.
- Więc w czym problem? Nie na tym polega wasza praca? – spytał Hermann trochę kpiącym tonem.
- Nie mieliśmy żadnych dowodów. Dawniej Rylski sam urwałby komuś głowę za takie artykuły. To było absolutnie nieprofesjonalne.
- O kogo konkretnie chodziło?
- Przede wszystkim o Zduna, Leszka Zduna.
Hermann spojrzał na Karpiela. Ten skinął głową i powiedział:
- Tak, to znana postać w Zakopanem. Kawał cwaniaka. Bardzo bogatego cwaniaka. Teraz przypominam sobie te artykuły. Jakoś nie kojarzyłem ich wcześniej z Rylskim. Były rzeczywiście bardzo mocne. Podejrzewaliśmy, że w wielu punktach miał rację, ale my też nie mieliśmy nic konkretnego na Zduna.
- No, właśnie. Ale Rylski nie zważał na to. Brnął w to coraz głębiej, chociaż wszyscy mówili mu, że to… - redaktor zawahał się wyraźnie zanim dokończył - że to samobójstwo.
Karpiel i Hermann spojrzeli po sobie..
- Czy moglibyśmy dostać kopie tych artykułów? – spytał Hermann.
- Oczywiście – odparł grzecznie Drzewiecki.
- I chcielibyśmy porozmawiać z tym drugim dziennikarzem z waszej gazety, który był z Rylskim w Kanadzie. – dorzucił równie grzecznie Karpiel.
- Niestety, jest teraz na zwolnieniu lekarskim. Ale może go panowie zastaną w domu.

(em)