WYDAWNICTWA ZAKOPIANINY

ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdział 21

 
 
 
 
 
Mariusz Koperski
 
ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdział 21
 
 
ROZDZIAŁ 21
 
Ksiądz Roman wyszedł z budynku komendy i zatrzymał się. Poluzował koloratkę i chusteczką otarł pot z czoła. Czuł i niemal słyszał, jak serce wali mu jak oszalałe. W co ja się wpakowałem? – pomyślał. Rozejrzał się, by sprawdzić, czy nikt go nie obserwuje i czy nie widaćgo z okien komendy. Po drugiej strony ulicy dostrzegł zaparkowany znajomy samochód. Nadal trwożnie się rozglądając, przeszedł na drugą stronę ulicy i wsiadł do zaparkowanego tam auta. Mężczyzna siedzący za kierownicą oderwał wzrok od kolorowego magazynu rozłożonego na kierownicy i odwrócił się do księdza.
– No, wreszcie. Już myślałem, że ksiądz o mnie zapomniał. – Twarz Ostrowskiego rozpromienił sztuczny uśmiech. Ksiądz Roman go nie odwzajemnił.
– Kiedy da mi pan wreszcie spokój? Ile to jeszcze będzie trwać? Chce mnie pan zniszczyć?
– Spokojnie. Nikt nie chce nikogo zniszczyć. Potrzebuję informacji, taką mam pracę…
– I posługuje się pan przy tym niegodnymi sposobami…
– Dobra, dobra, widzę, że ksiądz ma ochotę strzelić mi tu jakieś fajne kazanko. Nic z tego. Nie mam czasu. Dowiedział się ksiądz czegoś czy nie?
Duchowny zrelacjonował Ostrowskiemu swoją rozmowę na komendzie.
– Oj, słabo się ksiądz postarał. Słabiutko! Właściwie to niczego nowego się od księdza nie dowiedziałem.
– To wszystko przez tego drugiego policjanta. Nie wiem, kto to jest, ale strasznie arogancki. Nigdy go tu wcześniej nie widziałem. Był jakiś dziwny. Gdyby nie on, na pewno wyciągnąłbym więcej od tego Karpiela. Już go prawie miałem… To góral, chłopak stąd, na takich mam swoje sposoby…
– Rozumiem, w porządku. Wierzę księdzu. Komu mam wierzyć w tych trudnych czasach, jeśli nie księdzu właśnie? – Ostrowski uśmiechnął się szeroko, pokazując wybielone zęby.
– Odda mi pan to wreszcie? Błagam pana, ja nie
mogę tak dalej żyć… - jęknął ksiądz. Ostrowski spojrzał na niego z pogardą, westchnął głośno i sięgnął po dużą szarą kopertę leżącą na tylnym siedzeniu. Przez chwilę trzymał ją w ręku, patrząc z satysfakcją na księdza, który teraz zamarł bez ruchu, nie mogąc oderwać od niej wzroku.
– Chyba nie mam wyboru. Strasznie się ksiądz poci. To ze strachu? Jeszcze chwila i cała tapicerka mi
przejdzie tym smrodem.
Podał kopertę księdzu. – Jest tam wszystko. Zdjęcia i klisze. Szczęście księdza, że zrobiono to klasyczną lustrzanką. Może ksiądz być pewien, że nie będzie więcej odbitek. Gdyby to było zrobione aparatem cyfrowym, do końca życia musiałby ksiądz drżeć, czy pewnego dnia nie zobaczy siebie w sieci, jak obściskuje tę małolatę.
– Jak pan śmie! – Ksiądz, trzymając w ręku kopertę, poczuł się o wiele pewniej. – Pan doskonale wie, jak było. Nie tknąłem tej dziewczyny. Sama do mnie przyszła i wykorzystała moment słabości.
Ostrowski wybuchnął śmiechem.
– Moment słabości? Niech księdzu będzie. Na zdjęciach wygląda to trochę inaczej. Myślę, że nikt nie miałby wątpliwości, co przedstawiają. Biskup na pewno strasznie by się oburzył. Proszę sobie je zresztą w wolnej chwili dokładnie obejrzeć. Są księdza. Do albumu.
Wikary nie odpowiedział. Kurczowo ściskając kopertę, otworzył drzwi samochodu i wysiadł. Ostrowski uśmiechnął się do siebie i przeciągnął leniwie, patrząc za oddalającym się księdzem. Jacy głupi są ci ludzie, pomyślał. Odczekał kilka minut, po czym sięgnął po torbę z laptopem. Włączył komputer i odnalazł plik, który go interesował. Na ekranie ukazało się zdjęcie księdza wikarego, nieco młodszego, najwyraźniej sprzed kilku lat. Był prawie zupełnie nagi i pochylał się nad rozebraną młodą dziewczyną. Czy on naprawdę nie wie, że przy dzisiejszej technice zeskanowanie zdjęć do komputera nie stanowi żadnego problemu? – myślał z politowaniem Ostrowski. Że to, iż dostał filmy i odbitki nie załatwia sprawy? A może po prostu chce wierzyć, że on gra wobec niego fair? Dla Ostrowskiego nie miało to żadnego znaczenia. Spojrzał na zegarek. Jeszcze minuta wolności dla księdza wikarego.
Sięgnął po komórkę i wybrał numer. Kiedy usłyszał zdezorientowany głos duchownego, powiedział spokojnie: – Wie ksiądz, o czymś zapomniałem. Niestety, ale będziemy musieli spotkać się jeszcze raz. Nie… Nie żartuję. Niech ksiądz mi nie grozi. To śmieszne… Niech ksiądz czeka na informację. Dam znać, gdzie i kiedy. Najpierw muszę coś sprawdzić.

(em)