WYDAWNICTWA ZAKOPIANINY

ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdział 19

 
 
 
 
 
Mariusz Koperski
 
ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdział  19
 
 
ROZDZIAŁ 19
 
– Co on miał na myśli, mówiąc o konflikcie interesów? – zastanawiał się Karpiel, kiedy znaleźli się poza posesją biznesmena. – Nie mam pojęcia – odparł Hermann, ale Karpiel pomyślał po raz kolejny, że pułkownik prowadzi jakąś grę i nie ma najmniejszego zamiaru go w nią wtajemniczać.
– A nie jest pan zły, że wydało się, kim pan jest?
– Jestem zły, bo wydało się, że jesteście dupy, nie policjanci. Naprawdę nie wiedział pan o tym weselu? Przecież w takiej okolicy, jak wasza, to na pewno absolutny
plotkarski hit. Sam pan powtarza w kółko: plotki, plotki… A tu co? Największy mafiozo Podhala wydaje córkę za maż! Na pewno sprosił całą śmietankę od
Zakopanego po Kraków. Taki z niego snob, że chyba i jakiegoś biskupa zaprosił. Tylko biednego komisarza Karpiela nie – Hermann uśmiechnął się z ironią. – No,
to akurat chyba dobrze o panu świadczy.
Karpiel przygryzł wargę. Czuł, ze tym razem oberwało mu się słusznie. Postanowił jak najszybciej zmienić temat.
– Naprawdę myśli pan, że jest niebezpieczny? – spytał.
– Dwa dodać dwa jest cztery. To, że pana zna, to jasne, ale skąd wiedział, kim ja jestem? Najwyraźniej przygotował się na naszą wizytę. Chyba nawet wiedział,
jak teraz wyglądam, więc ktoś musiał nas śledzić już tu, w Zakopanem... Bo wie pan, to nie jest takie proste dowiedzieć się czegoś o pułkowniku Hermannie. Nie wpisze pan w Google mojego nazwiska i nie wyświetli się panu informacja, że nie mam prawa jazdy. O tym wie w sumie może dwadzieścia osób, w tym pan i Derebas. – Hermann spojrzał znacząco na Karpiela.
– No, nie myśli pan chyba, że…
Pułkownik się roześmiał.
– Nie myślę. Dlatego twierdzę, że wasz Zdun jest bardziej niebezpieczny, niż sądzicie. Na szczęście jest megalomanem z manią wielkości. Nie mógł się powstrzymać, żeby się przed nami nie popisać. Ale to właśnie dowód na to, że ta sprawa dotyczy jego. Bardzo dużo trudu sobie zadał. Jeśli mógł się o mnie dowiedzieć takich rzeczy, to bez problemu mógł sobie zamówić jakiegoś zawodowca.
– Tak, chyba ma pan rację. I do tego ma najlepsze alibi na świecie – wtrącił Karpiel.
– Ha! Zauważył pan? Jak już pan wie, w Boga nie wierzę. A co za tym idzie, w cuda też nie. Takich przypadków nie ma. To całe wesele to fantastyczna okazja,
żeby nie brudząc sobie rąk, pozbyć się niewygodnego dziennikarza. Taki chrześcijanin z niego, jak ze mnie buddysta. Znam takich jak on. Nie zapominają tak łatwo. Władza uderza im do głowy i myślą, że są ponad prawem i nikt nic im nie zrobi. Myślę, że możemy poważnie wziąć pod uwagę, że Zdun za tym stoi. Pytanie tylko, jak mu to udowodnić.
Karpiel westchnął głośno.
– No, właśnie, jak?
W drodze powrotnej do Zakopanego komisarz wybrał inną trasę. Zamiast jechać w stronę Poronina, gdzie groziło im utknięcie w wiecznym korku na wjeździe do obleganego Pępka Świata, skierował się na Bukowinę Tatrzańską, tam, na rondzie zwanym przez tubylców Klinem, skręcił w prawo na Głodówkę i ruszył krętą szosą w stronę Łysej Polany. Droga wiła się ostrymi zakrętami wśród lasu, który od czasu do czasu przerzedzał się, odsłaniając zapierający dech widok na Tatry. Hermann był zachwycony. Karpiel mniej, bo musiał co chwila nazywać pułkownikowi kolejne pojawiające się szczyty.
– Świetna droga, komisarzu! Kapitalna! Cudowna! Muszę tu kiedyś wrócić na motocyklu – powiedział podekscytowany, kiedy komisarz wchodził w następny ostry zakręt. Karpiel skupiony na jeździe nic nie odpowiedział, ale jego zdziwione spojrzenie, kiedy na sekundę oderwał wzrok od drogi i odwrócił się do pułkownika, mówiło wszystko. Ale dopiero gdy pokonali kolejny, trudny zakręt, mijając się z dużym turystycznym autobusem, zapytał: – Motocyklem? Jeździ pan motocyklem? Bez prawa jazdy? Nie wierzę!
Hermann uśmiechnął się, chwilę się wahał, a potem sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, wyjął z niej czarny portfel, a z niego charakterystyczny laminowany kartonik i pokazał Karpielowi.
– Spokojnie, niech pan nas nie zabije z wrażenia – powiedział widząc, że Karpiel wpatrując się w dokument, przez dłuższą chwilę nie uważał na drogę.
– Motocykle od dziecka były moją pasją. Teraz mam na to znacznie mniej czasu, ale ciągle udaje mi się czasami wyrwać na jakąś przejażdżkę albo na kilka kółekna torze. W moim garażu stoją trzy wspaniałe maszyny. Może chciałby pan spróbować? Cudowne uczucie…
– Nie rozumiem tylko, po co ten cały cyrk? – Karpiel był wściekły. – Po jaką cholerę opowiada pan na prawo i lewo, że nie ma pan prawa jazdy, skoro trzyma je pan cały czas w kieszeni. To jakiś głupi żart?
Hermann uśmiechnął się i odpowiedział spokojnym tonem:
– Po pierwsze, jak już panu mówiłem, wie o tym niewiele osób. A jeszcze mniej, jaka jest prawda. Rzeczywiście, przez długi czas nie miałem prawa jazdy. Jakoś się tak składało, że nie znajdowałem czasu, by je zrobić. Potem, kiedy pracowałem w policji w Łodzi, było mi trochę głupio się do tego przyznać. A motywacji specjalnie nie miałem, bo zwykle wystarczała odznaka. Nikt nie sprawdza oficera policji, który prowadzi służbowe auto, no nie? Ale kiedyś zrozumiałem, że nie zawsze tak będzie. Gdy wcześniej wyjeżdżaliśmy z żoną na urlop za granicę, prowadziła ona. A potem
się rozwiedliśmy i miałem kłopot. No i w tajemnicy przed wszystkimi zrobiłem kurs i egzamin. A gdy dostałem już papier, pomyślałem, że wcale nie muszę się tym chwalić.
– Ale dlaczego?
– Jakby to panu wytłumaczyć? Hm… Był taki detektyw w telewizji, porucznik Columbo, słyszał pan?
– Coś kiedyś słyszałem…
– Alleluja! No więc Columbo był dość dziwnym policjantem. Wyglądał jak… jak ostatnia pierdoła. Zawsze ćmił peta z grubego cygara, chodził w starym, zniszczonym płaszczu i pogniecionym garniturze, nosił źle zawiązane koszmarne krawaty. Do tego miał jedno szklane oko, przez co wyglądał, jakby robił zeza, i był upiornie upierdliwy. Kręcił się po miejscu zbrodni jak smród po gaciach i doprowadzał wszystkich do szału. Dodatkowo wmawiał podejrzanym, że na niczym się nie zna i wszystko załatwia za niego żona, żeby myśleli, że jest ostatnim pantoflarzem. Nawet broni nie nosił. A przecież prowadził sprawy o morderstwa w Los Angeles, mieście bogaczy i snobów. Może pan sobie wyobrazić, jak oni na niego reagowali?
– Lekceważyli go?
– I to jak! I tak się na tej pogardzie koncentrowali, że nie zauważali, jaki był przebiegły i inteligentny, jak ich podchodził i podpuszczał. Ale oni uważali się za panów świata, sprytnych i mądrych. Mówię panu, komisarzu, pycha sprawców to nasz wielki sprzymierzeniec.
– Rozumiem, ale co to ma wspólnego z pana prawem
jazdy?
– No cóż, ludzie wszędzie są tacy sami. Dla takiego na przykład typa jak Zdun, wielkiego górala z Wadowic, faceta z armadą limuzyn bmw, policjant bez prawa jazdy, jeszcze do tego łódzki Żyd, to żaden przeciwnik, nawet jeśli idzie za nim fama super gliny. Wręcz przeciwnie, takie typy traktują to jak wyzwanie, chcą udowodnić sobie, jacy są mądrzy i dają się łatwo sprowokować. A gdyby naprawdę był sprytny i bał się o swoją skórę, nie powiedziałby połowy tego, co usłyszeliśmy. To działa, mówię panu. Niech pan sam spróbuje. Mógłby pan na przykład puścić plotkę, że jest pan gejem. W takim Zakopanem to byłoby coś, nie uważa pan?
Karpiel nie uważał.
– Dziękuję, nie skorzystam. A wracając do pana, to o pańskim pochodzeniu też pan wymyślił?
Hermann w odpowiedzi uśmiechnął się zagadkowo i odrzekł: – Może tak, a może nie. I tak dużo panu powiedziałem.
– Ojej, czy mam się czuć wyróżniony pana zaufaniem? I nie boi się pan, że sprzedam komuś pana wielki sekret?
– Wie pan, coś mi mówi, że pan nie sprzeda.

(em)