WYDAWNICTWA ZAKOPIANINY

ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdział 17

 
 
 
 
 
Mariusz Koperski
 
ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdział 17
 
 
ROZDZIAŁ 17
 
Karpiel i Hermann stali przed starą willą na przy Piłsudskiego. Dom był jednym z tych budynków, które pozostały w Zakopanem z lat dwudziestych i trzydziestych dwudziestego wieku, kiedy to małe, zapyziałe miasteczko, a właściwie jeszcze wieś, stawalo się modnym kurortem. Obok stylowych, drewnianych willi dla krakowskiej inteligencji powstały wtedy domy dla bogatszych urzędników, którzy uczyli się korzystać z przywilejów władzy. Dzisiaj w większości trochę zapomniane i zapuszczone, wypierane przez osobliwe i nieraz dziwaczne wariacje na temat zakopiańskiego stylu, stworzonego przez Stanisława Witkiewicza, stanowiły smakowity kąsek dla studentów architektury i nagrodę dla tych wszystkich, którym chciało się opuścić wydeptane, brzydkie Krupówki i w poszukiwaniu oryginalności zapuścić w wąskie uliczki stolicy Tatr.

Na żelaznej, łuszczącej się starą, zielonkawą farbą furtce wisiał szyld głoszący, że w murach willi znajduje się gabinet weterynaryjny doktora Antoniego Paliny. Karpiel nacisnął klamkę, zamek ustąpił, a furtka ze zgrzytem dała się otworzyć.
- Zna go pan? - spytał Hermann.
- Palinę? Trochę. Parę lat temu byłem u niego z moim psem. Dość znany weterynarz. Zresztą nie ma ich tu zbyt wielu. Palina ma opinię kogoś, kto uwielbia zwierzęta, ale nie specjalnie zna się na leczeniu. Ale są i tacy, którzy twierdzą, że jest świetny. W każdym razie przemiły człowiek, chociaż trochę staroświecki i zdziwaczały…Żyje sam w tej wielkiej willi. Dlatego przyszło mi do głowy, że byłby idealny dla zabójcy. I przypomniałem sobie, że gdy wczoraj byłem na komendzie, jakaś kobieta dzwoniła, że coś się tu chyba stało, bo była umówiona na zabieg z kotem, a tu wszystko na głucho pozamykane. Był tutaj nasz patrol, ale nie znaleźli nic podejrzanego.
- Co z pana psem? Wyleczył go?
- Niestety, nie. Ale rozpoznał chorobę i odesłał do kliniki w Krakowie. Tylko, że było już za późno. Miał raka. Uśpili go.
- Szkoda.

Obeszli budynek dookoła. Willa miała wysokie podpiwniczenie, właściwie suterynę, gdzie przyjmował weterynarz. Wejście do gabinetu znajdowało się w bocznej, wschodniej części budynku. Schodziło się w dół po kilku podniszczonych, murowanych schodkach. Na drewnianych drzwiach wisiał jeszcze jeden szyld, tym razem poza nazwiskiem i specjalizacją lekarza zawierał także godziny przyjęć i numer kontaktowy. Pod szyldem przypięta do drzwi zwykłą pinezką wisiała kartka z odręcznie sporządzonym czarnym pisakiem tekstem: „Jestem na urlopie. Zamknięte do odwołania”. Litery były drukowane, napisane bardzo starannie, ale wilgoć i deszcz rozmyły niektóre z nich.
Drzwi do gabinetu były zamknięte, a we wszystkich oknach zaciągnięto białe, poziome żaluzje. Do głównych drzwi wejściowych prowadziły od strony ulicy betonowe schody. To wejście było oszklone, ale przez nie również nic nie mogli zobaczyć, bo od wewnątrz wisiała gęsta firanka.
Wyglądało na to, że w domu nie było nikogo. W każdym razie nikogo żywego. Karpiel próbował ze swojej komórki dodzwonić się pod numer z szyldu, ale nikt nie odbierał.

- Wchodzimy? - spytał Karpiel patrząc z niepewną miną na pułkownika.
- Jak pan rozkaże, komisarzu - odparł Hermann uśmiechając się jak dziecko, któremu rodzic pozwolił potaplać się w błocie. Z wewnętrznej kieszeni płaszcza wyjął czarne, skórzane etui i otworzył je. Oczom Karpiela ukazał się zestaw wytrychów, jakiego nie powstydziłby się żaden renomowany włamywacz. Kilkanaście sekund później drzwi były otwarte i mogli wejść do środka.
- Chyba zaczniemy od dołu? Jeśli on tu rzeczywiście był, wszystko rozegrało się najprawdopodobniej w gabinecie.
Hermann skinieniem głowy dał Karpielowi znak, że całkowicie się z nim zgadza.
Szybko znaleźli drzwi w holu domu, za którymi znajdowały się schody do gabinetu. Na dole było ciemno. Karpiel po omacku znalazł włącznik światła. Startery jarzeniówek starego typu zastukały cicho i po chwili w pomieszczeniu zrobiło się jasno. Rozejrzeli się po dość staromodnie urządzonym gabinecie.

Na środku pomieszczenia stał stół zabiegowy pokryty białą ceratą, pod ścianą dwie gabloty pełne leków, różnych instrumentów medycznych i środków opatrunkowych. W kącie duże, drewniane biurko pokryte szpargałami. Nie było widać żadnych śladów walki, absolutnie nic, co mogłoby wskazywać na to, że doszło tu do jakiś dramatycznych wydarzeń.
Komisarz podszedł do najbliższego okna i ustawił żaluzje tak, by wpuściły jak najwięcej dziennego światła. Potem zrobił to samo z pozostałymi trzema oknami.
- Widzi pan coś podejrzanego pułkowniku? Może się jednak pomyliłem i wcale nie chodzi o Palinę?

Hermann przykucnął na podłodze pokrytej białymi kafelkami. Komisarz pojrzał na Hermanna i doznał gwałtownego olśnienia. Ludzki umysł potrafi płatać różne figle. Czasami, kiedy go potrzebujemy, złośliwie wyłącza się, jakby z nas drwił lub chciał pokazać, że jest samodzielny i tak do końca nigdy nie pozwoli nad sobą zapanować. A potem odzyskuje moc w najbardziej nieoczekiwanym momencie. Nagły impuls, skojarzenie, obraz i zerwana nić odnajduje dawne powiązanie. Coś takiego Karpiel przeżył właśnie teraz. Nagle przypomniał sobie to, nad czym męczył się przez ostatnie dwa dni. Próbował wtedy bezskutecznie pochwycić myśl, która pojawiła się, kiedy po raz pierwszy byli z Hermannem w domu Rylskiego. Teraz myśl wróciła i przeraziła go.

W ciągu kilku sekund elementy układanki same odnalazły się w umyśle komisarza, połączyły z informacjami, które zdobył siedząc przed komputerem i aluzją, wypowiedzianą na obchodne przez Zduna i stworzyły spójny, przejrzysty obraz. Przejrzysty i przerażający.
Hermann klęczał nadal na podłodze. Kiedy się w końcu podniósł i odwrócił w stronę komisarza, zobaczył wycelowany w swoją stronę pistolet.
- A to co? Oszalał pan? - powiedział Hermann marszcząc brwi. Podniósł lewą rękę do oczu, ale tym razem nie powstrzymał odruchu i zdjął swoje ciemne, przeciwsłoneczne okulary. Karpiel oniemiał. Stał naprzeciw pułkownika, ciągle trzymając broń wycelowaną w jego pierś, ale nie mógł oderwać wzroku od oczu Hermanna. Patrzyły na niego jasne, prawie białe, niesamowite oczy odmieńca. Jasna tęczówka zlewała się w upiorną całość z białkiem i tylko mały, czarny punkt źrenicy wskazywał na kierunek, w którym patrzył pułkownik. Patrzył na Karpiela. „Boże, gdzieś już takie widziałem - pomyślał komisarz. Albo nie, słyszałem o nich, albo czytałem. Tylko gdzie?”

Minęło kilka sekund. Hermann wpatrywał się w młodego policjanta, a ten czuł się coraz bardziej niepewnie. Nagle pułkownik otworzył usta jakby chciał coś w końcu powiedzieć, wyjaśnić albo zadać następne pytanie, ale zamiast tego błyskawicznym ruchem wyrwał broń z ręki Karpiela. Komisarz nie mógł uwierzyć własnym oczom. Do tej pory myślał, że ten trik możliwy jest tylko w filmach. A teraz patrzył zdębiały na swoją pustą dłoń. Hermann przekrzywił głowę i zawadiacko spojrzał Karpielowi prosto w oczy. Komisarz przełknął głośno ślinę. Nie miał zamiaru się poddać. Wiedział, że ma do dyspozycji jeszcze inną broń. Przymknął na chwilę oczy, by przywołać wspomnienie od dawna nie używanych odruchów i gestów. Potem szybko otworzył oczy i nie zważając na to, że przeciwnik trzymał w ręku jego własną broń, wyprowadził prawą pięścią cios w szczękę pułkownika.

Cios był szybki i precyzyjny. W założeniu uderzenie miało powalić i ogłuszyć Hermanna. Karpiel zacisnął zęby w oczekiwaniu na ból dłoni, kiedy jego pięść natrafi na opór ciała pułkownika, ale to nie nastąpiło. Hermann zrobił zaskakujący unik, a energia, którą młody policjant włożył w uderzenie spowodowała, że stracił równowagę i runął całym ciałem do przodu. W następnej chwili poczuł silne uderzenie w potylicę, ból zapulsował gwałtownie i zamienił się błyskawicznie w ciemność i nieświadomość, które owładnęły ciałem i umysłem komisarza.