WYDAWNICTWA ZAKOPIANINY

ŚMIERĆ SAMOBÓJCY- Rozdział 15

 
 
 
 
 
Mariusz Koperski
 
ŚMIERĆ SAMOBÓJCY- Rozdział 15
 
 
ROZDZIAŁ 15
 
Kiedy wszedł na podwórko, pies poderwał się ze swego legowiska przy budzie i podbiegł do niego machając radośnie ogonem. Biały, duży owczarek podhalański był jeszcze młody i głupi, łasił się do wszystkich, szczekał w najmniej odpowiednim momencie i milczał, kiedy zjawiał się ktoś obcy. Powoli tracono nadzieję, że kiedykolwiek wyrośnie na ostrego stróża domu. Jak wszystkie poprzednie psy w zagrodzie Karpieli wabił się Misiek i imię to do niego świetnie pasowało - był wielki, powolny i kudłaty.

Misiek numer trzy albo cztery - Karpiel stracił już rachubę, ile ich wcześniej było - dał się wygłaskać i podrapać za uchem, a potem przewrócił się na grzbiet, czekając na dalsze pieszczoty. Policjant pochylił się nad nim, żeby kontynuować rozpoczętą zabawę i wtedy usłyszał za plecami męski głos:
- Zostowze go, chłopce, bo go do cna zepsujes. Dyć on ani na listonosza nie sceko. Ludzie sie juz zacynajom śmiać, co to za łajza ś niego wyrosła.
- Witojcie dziadku – podniósł się z kolan i odwrócił w stronę starego Karpiela. Jak zawsze, kiedy widział dziadka, zachodził w głowę, jaki cud natury sprawiał, że był w takiej świetnej formie w wieku osiemdziesięciu lat. Starzec był bowiem starcem tylko z metryki, bo imponował nawet młodszym od siebie wspaniałym zdrowiem i niesamowitą formą fizyczną. Był szczupły, trzymał się prosto, twarz miał ogorzałą od słońca, włosy bujne, długie, białe, wąs gęsty i orli nos. Wszystko to czyniło z niego idealny góralski typ.

Dlatego już nie raz zdarzało się, że zapraszano go do telewizji na pogadanki o góralszczyźnie, albo że pozował malarzom i fotografom. Nie musiał nic więcej robić, wystarczyło, że założył góralską koszulę, portki, a na głowę kapelusz i wszyscy wzdychali z podziwem widząc w nim nowe wcielenie Sabały albo Bartusia Obrochty. A przecież prawdziwy spektakl zaczynał się dopiero wtedy, kiedy Karol Karpiel gładził wprawnym ruchem dłoni swoje wąsiska i zaczynał mówić. Bo właśnie to potrafił najlepiej - opowiadać. Nie był może najstarszym prawdziwym góralem na Podhalu, ale był na pewno najstarszym, którego nie dopadła jeszcze demencja, który pamiętał wszystkie te legendarne postaci i wspaniałe anegdoty sprzed lat i który potrafił w tak barwny sposób, piękną, nieskazitelną gwarą o tym opowiadać.

Tak, jego dziadek był teraz żywą legendą i on był z niego bardzo dumny. Tomasz Karpiel miał też nadzieję, że odziedziczył jak najwięcej po dziadku ze strony ojca, a przede wszystkim, że gdzieś w jego genach zapisana jest ta niesamowita długowieczność krzepkiego przodka. Bo czy bez tego i on w wieku siedemdziesięciu lat będzie miał dość sił, by wybrać się koleją transsyberyjską na wyprawę nad jezioro Bajkał albo czy rok później zafunduje sobie kurs paralotniarski, żeby móc podziwiać tatrzańskie doliny z lotu ptaka? Czy on w wieku osiemdziesięciu lat odważy się wybrać w rejs jachtem po Morzu Śródziemnym? Wątpliwe, biorąc pod uwagę, w jak kiepskiej formie jest teraz, mając lat dwadzieścia osiem. Jak na potwierdzenie tych myśli dziadek witając go ścisnął w imadle swojej wielkiej, szorstkiej dłoni jego rękę, a drugą klepnął go w ramię. Jedno i drugie zabolało.

- Nic nie worce tyn kundel – powiedział uśmiechając się, a potem robiąc groźną minę w stronę psa. – Wiynksy byłby pozytek z indora. Tego to by sie może ktosi boł.
- Oj, dziadku, po co wom łostry pies? Kto by sie łośmielył wos łokraść? Przecie nas Misiek to dziś barzej do wyglądu jak do łobrony i tyle. Wyście i tak chyba juz łostatni we wsi, co mocie bacoskiego psa.
- Ej, to prowda. Nawet nase góralskie baby wolom teroz jakiesi bigle abo jorki w chałupie trzymać. Nadajom sie tu do nos, jak lakierki do grabienio siana.
Młody Karpiel zaśmiał się, a po sekundzie spoważniał i spytał:
- Zośka w doma?
- Siedzi hań w izbie, ka mo być? Idź do niej, będzie rada.
Karpiel kiwnął głową i chciał już ruszyć w stronę starej góralskiej chałupy, kiedy dziadek chrząknął głośno i wymruczał:
- Tomek? Dawno my oba nie grali, nie? Nie zabocyłeś jesce, jako sie gro na gęślak? Przyjdze kiedy…
- Dobre, dziadku. Moze w przysłym tyźniu. Muse ino skóńcyć jednom sprawe.

Otworzył drzwi do domu, wszedł do sieni i szybkim krokiem wbiegł na schody prowadzące na piętro. Na czwartym, czy piątym stopniu zatrzymał się nagle i wściekły na siebie zaklął cicho. Znowu to samo. Nie mógł się przyzwyczaić. Od wypadku upłynęły już ponad trzy lata, a on ciągle zapominał, że pokój jego siostry został przeniesiony na dół.

Zosia siedziała na wózku i czytała książkę. Kiedy wszedł do izby, podniosła na niego oczy i krzyknęła radośnie:
- Tomek! Jezu, już myślałam, że o mnie zapomniałeś.
Pochylił się i ucałował ją w policzek.
- No coś ty! Miałem ostatnio sporo pracy, no wiesz…
Wyprostował się i popatrzył na siostrę, starając się jednak unikać jej wzroku. Bał się, że odgadnie prawdę. A może już dawno odgadła? Że jej widok siedzącej na inwalidzkim wózku był dla niego nie do zniesienia, a każde odwiedziny bardzo dużo go kosztowały. Bał się, że wybuchnie przy niej płaczem, a tak bardzo chciałby być twardym, starszym bratem, który dodaje jej otuchy i wspiera. Czuł, że taki jest teraz jego obowiązek, ale że nie jest w stanie go wypełnić. Nagle przypomniał sobie słowa Hermanna, te, które go tak oburzyły - o jego odpowiedzialności za śmierć Rylskiego - i poczuł ukłucie w sercu. A może ten dziwny typ miał rację, więcej, może w ten sam sposób Karpiel jest odpowiedzialny także za tragedię siostry? Gdyby gdzieś wcześniej dorwał tego drania i wsadził na rok lub dwa, albo dał mu po prostu wycisk, może wtedy nie byłoby wypadku, wózka i straconej szansy na szczęśliwe życie dla jego siostry.

Karpiel uciekając przed spojrzeniem Zosi stanął za jej plecami, położył ręce na jej ramionach i czule pocałował w głowę. Zamknął oczy. Znowu pomyślał o Hermannie. Tym razem przypomniał mu się koszmar pułkownika, w którym widzi oczy zabitego pedofila mordercy. Karpiel też ma swój koszmar, nie, to jest raczej wizja, wyobrażenie czegoś, co się jeszcze nie zdarzyło. Zaczyna się tak: stoi przed tym mężczyzną i celuje do niego z pistoletu. Tamten jest oczywiście pijany, tak jak w dniu, kiedy przejechał Zosię. Ledwie trzyma się na nogach, ma mętny wzrok i bezczelny uśmiech. „I co mi zrobisz?” – bełkocze. Karpiel zaciska zęby, przymierza, wstrzymuje na sekundę oddech i strzela. Mężczyzna wyjąc z bólu łapie się za krwawiące kolano. Chwieje się, ale zanim upadnie, Karpiel strzela drugi raz i kula rozrywa drugie kolano.

Teraz dopiero przewraca się na plecy. Na plecy, to ważne, bo Karpiel chce nad nim stanąć i spojrzeć mu w twarz. Ranny krzyczy. Nie ma znaczenia co, ważny jest tylko jego ból. Po chwili traci przytomność. Wtedy młody policjant pochyla się nad nim, potrząsa nim i policzkuje go, aż ten znowu się ocknie. Żeby znowu cierpiał.

Przyjeżdża karetka i zabiera rannego. Karpiel jedzie z nim i nie spuszcza go z oczu, tak, aby być obecnym podczas każdego przebłysku świadomości tamtego.Szpital. Zwykły, polski, byle jaki, jak najgorszy. Zostawiają go na chwilę na korytarzu. Boli strasznie, ale nikt się nim nie zajmuje. Nikt nie trzyma go za rękę, nikt nie wstrzykuje zbawiennej morfiny. Tylko Karpiel czuwa pochylony nad nim, jedyny, który interesuje się jego losem. Potem operacja. Usypiają go, a Karpiel obserwuje to zza szyby, jak w jakimś amerykańskim serialu. Nie musi być w środku, tak wystarczy. Najważniejsze, że widzi, jak chirurg piłą obcina mężczyźnie jedną, a potem drugą nogę. Tuż nad kolanem, dokładnie tak jak Zosi. Obcięte kończyny lądują w foliowym worku, a potem w plastikowym pojemniku, który jakaś pielęgniarka wynosi nie wiadomo dokąd. Gdzieś w piwnicy jest pewnie piec, gdzie palą takie rzeczy.

Ale to nie koniec. Teraz najważniejsze: Karpiel stoi przy łóżku mężczyzny i czeka na jego wybudzenie z narkozy. Tamten otwiera w końcu oczy, powoli wraca mu przytomność. Jeszcze nie rozumie, co tu robi, próbuje sobie usilnie przypomnieć, jak tu trafił. Potem widzi Karpiela i w oczach pojawia się przerażenie. Policjant uśmiecha się, łapie za brzeg kołdry i zrzuca ją z mężczyzny, a potem ruchem głowy wskazuje na zabandażowane kikuty. I czeka na to spojrzenie, na ten wyraz oczu, dokładnie taki, jaki miała jego siostra, jego najukochańsza Zosia, kiedy zrozumiała, co ją spotkało. Mężczyzna zaczyna krzyczeć, choć tym razem nie z bólu. Tak, teraz Karpiel może już iść. Dopełniło się.

Otworzył oczy i poczuł nagle ciężar kabury pod pachą. Jakby broń sama wyrywała się do działania, żeby zrealizować jego fantazję zemsty. A on bał się, ale nie potrafił do końca określić przyczyny strachu, który go ogarnia zawsze, kiedy w wyobraźni przeżywa tą scenę: Czy boi się tego, że pewnego dnia rzeczywiście to zrobi, czy tego, że okaże się tchórzem i pozwoli tamtemu spokojnie żyć?

Wiedział o nim wszystko. Jak się nazywa, gdzie mieszka, jak ma na imię jego żona… Wiedział, że trzy miesiące temu wyszedł z więzienia i że od dwóch tygodni znowu jeździ samochodem. Nawet nic nie musiał mówić znajomym z drogówki. Zatrzymują go do kontroli kilka razy w tygodniu. Aż w końcu znowu go złapią i znowu wsadzą. Ale to stanowczo za mało. To żadna kara.

- Co ci jest? - spytała nagle Zosia chwytając go za rękę. - Serce ci tak wali… Ręce masz spocone. Wszystko w porządku?
Boże, ona go pyta, czy z nim wszystko porządku!
- Oczywiście – odpowiedział siląc się na spokojny ton i jeszcze raz pocałował ją w głowę. Musiał zmienić temat, bo rozmawianie z siostrą o samopoczuciu wydawało się być ślepą uliczką prowadzącą do zbyt licznych niezręczności.
Uklęknął teraz obok wózka i spojrzał na nią. Gdzieś przeczytał, że ludziom przykutym do wózka poprawia się nastrój, jeżeli czasami spojrzą na kogoś z góry.
- Dobrze wyglądasz, siostra. Zaokrągliłaś się trochę, czy mi się zdaję?
- To wszystko przez to, że zarzuciłam ostatnio jogging – zaśmiała się. – Wiesz, to wczesne wstawanie… Nie, to nie dla mnie. Stanowczo wolę tenis. Mam wtedy okazję zaprezentować moją świetną figurę.
Zaśmiał się krótko w odpowiedzi na jej gorzki dowcip. Mimo wszystko lepsze to, niż gdyby miała się nad sobą użalać.
- Och, ty! Humor to ty masz zdecydowanie po dziadku.
Zosia spoważniała nagle i powiedziała:
- Mama dzwoniła parę dni temu.
- Tak? I co u nich słychać? Kiedy wracają?
- Trudno powiedzieć. Strasznie ciężko sprzedać teraz dom. Może na następną Wielkanoc? Mówiła, że już bardzo tęsknią.
Karpiel podniósł się szybko z kolan i odwrócił od Zosi w stronę okna, żeby ukryć złość.
- Tęsknią, tęsknią… zawsze to samo. Głupie gadanie. Jakby naprawdę tęsknili, to już dawno byliby tutaj z tobą, z nami…
- Ale muszą przecież sprzedać dom…
- Zosiu! Nie rozumiesz? Oni nie wracają, bo im wstyd! Bo mieli tu wrócić jak bogacze, zapewnić sobie i nam wspaniałe życie, a wszystko, co mają, to parę dolarów na koncie i dom na przedmieściach Chicago, którego nie mogą sprzedać i na którym ciąży hipoteka. Zostawili nas samych, a powinni tu być. A już na pewno powinni być z tobą. Tak postępują prawdziwi rodzice.
- Ach, nie złość się tak. Wiesz, że nie mieli wyboru.
- Oni tak twierdzą, ale to bzdura. Wielu zostało i żyło tu… i jakoś sobie radzili. Pracowało… raz było lepiej, raz gorzej. Naszym rodzicom marzyły się po prostu szybkie, duże pieniądze. A teraz co? Wrócą z niczym, złamani, a my naszego dzieciństwa nie odzyskamy już nigdy. Szlag by trafił tę całą Amerykę!

Zaległa cisza. Tomasz dalej patrzył przez okno. Zauważył dziadka przenoszącego przez podwórko duże, polne kamienie i zrzucającego je na kupkę pod stodołą. Właśnie męczył się z wyjątkowo potężnym otoczakiem, szedł chwiejnym krokiem, a pewnym momencie zarzuciło go na jedną stronę i Karpiel przez chwilę myślał, że będzie musiał szybko pobiec tam i mu pomóc i już naprężał mięśnie do biegu, ale nie, dziadek opanował sytuację i z ulgą rzucił wielki kamień na ziemię.

„Pewnie znowu coś będzie budował” – pomyślał i z niedowierzaniem pokręcił głową. Karol Karpiel zawsze coś bowiem budował; domy, ganki, komórki, szałasy, cokolwiek. Już dawno wszyscy zauważyli, że to taki jego pomysł na życie, na przetrwanie; mieć przed sobą jakiś cel, jakąś wizję. I zanim skończył jedno, już chodził, rozglądał się, mamrotał coś pod nosem, na kartkach papieru robił szkice i nikomu nic nie mówiące rysunki.

Rodzina przyzwyczaiła się też do tego, że nikogo nie wtajemniczał w swoje plany, nikogo się nie radził, i że musieli sami wpaść na to, nad czym właśnie pracuje. Jedyną osobą, która nigdy tego nie zaakceptowała, była stara Karpielowi, babcia Tomasza, która nieodmiennie przy każdym nowym przedsięwzięciu męża wpadała w szał i pomstowała przez tydzień albo dwa. Ale ona nie żyła już od kilku lat.

- Brat, lepiej powiedz, co słychać u twojej pani Karpiel – spytała po chwili Zosia odrywając go od rozmyślań..
Odwrócił się w kierunku siostry. „Złośliwa bestia z mojej siostrzyczki” – pomyślał, choć przyznać musiał, że historia z nazwiskiem jego i Eli była rzeczywiście zabawna. Bo jego dziewczyna naprawdę nazywała się Karpiel, tak jak on, chociaż nie była jeszcze jego żoną, ani rodziną, no, przynajmniej nie byli na tyle skoligaceni, żeby się musieli tym przejmować sypiając ze sobą i czyniąc plany na przyszłość. To niesamowite, ale w mieście, gdzie wszyscy byli bliżej lub dalej spokrewnieni, oni nosili to samo nazwisko nie będąc rodziną. Ela pochodziła z innej linii rodu Karpieli, a jak to kiedyś z ulgą odkryli, ich powinowactwo wygasło przed kilkoma pokoleniami. Ten zbieg okoliczności prowadził do wielu zabawnych sytuacji, a niektórzy z ich znajomych, zwłaszcza ci spoza Zakopanego, byli święcie przekonani, że Ela i Tomasz są już po ślubie.

- Wszystko dobrze, pozdrawia cię – odpowiedział siostrze.
- Akurat – odparła kpiąco dziewczyna. – To dlaczego z tobą po prostu nie przyszła?
- Może dlatego, że wie, że za nią nie przepadasz.
- Bo myślę, że mój brat zasługuje na kogoś lepszego…
- Daj spokój, siostra, rozmawialiśmy już o tym. To moja sprawa. Dobrze mi z nią, rozumiesz?
- No tak, to akurat jasne. Mówi się o niej, że to potrafi najlepiej: robić facetom dobrze. Wcześniej też kilku…
Karpiel machnął zniecierpliwiony ręką i siostra urwała w pół zdania. Był na nią zły, ale postanowił obrócić wszystko w żart. Zmusił się do uśmiechu i odparł:
- Takie czasy, siostrzyczko. Trudno teraz o dziewice.
Zosia spojrzała na niego smutno:
- Tak? Znam taką jedną, co chyba zostanie nią do końca życia