WYDAWNICTWA ZAKOPIANINY

ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdział 11

 
 
 
 
 
Mariusz Koperski
 
ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdział 11
 
 
ROZDZIAŁ 11
 
Redaktor Sawicki chyba naprawdę był chory. Kiedy otworzył im drzwi, ubrany był w szlafrok, a jego kilkudniowy zarost i zaczerwienione oczy wskazywały jednoznacznie na złą kondycje fizyczną. Był mniej więcej w wieku komisarza, ale rzadka, rudawa broda i niechlujny wygląd postarzały go.
Karpiel i Hermann odruchowo rozejrzeli się po mieszkaniu dziennikarza. Była to dość duża kawalerka, urządzona w sposób osobliwy i nie pozostawiający wątpliwości co do hobby gospodarza. Wszystkie ściany obwieszone były bowiem sprzętem wspinaczkowym i innymi akcesoriami sportowymi. Tam, gdzie przyzwoici mieszczanie wieszają reprodukcje uznanych malarskich znakomitości, akwarele ze słodkimi widokami górskimi, kalendarze z uroczymi zwierzakami i inne gustowne ozdoby, u redaktora Sawickiego zwisały zwoje różnokolorowych lin, czekany, raki, kostki, kaski i uprzęże.
Nad stojącym na prawo od wejścia łóżkiem, oparty ramą na wbitych w ścianę, solidnych hakach spoczywał górski rower. Karpiel, który sam kiedyś trochę się wspinał, o mało nie zagwizdał z podziwu na widok tego całego szpeju.
- Tak, słyszałem o Rylskim – powiedział redaktor, kiedy policjanci wyjaśnili, w jakiej sprawie przychodzą.
- Straszne, po prostu straszne. Do tej pory nie mogę w to uwierzyć. Rylski to świetny dziennikarz, no i jako człowiek też… Lubiłem go. Gdy przyszedłem do gazety, to dał mi nieźle popalić, nie powiem, ale nie czepiał się bez powodu i zawsze wyjaśniał dokładnie, o co mu chodzi. Nasza gazeta bez niego… Nie wiem, co teraz będzie. On to wszystko trzymał do kupy….
- Ale podobno ostatnio się zmienił. Jego zachowania, również jako dziennikarza, były dość nieracjonalne – przerwał mu Karpiel.
- Kto tak twierdzi?
- Pan Drzewiecki, na przykład.
Sawicki prychnął z poirytowaniem.
Ach, niech panowie go nie słuchają! Facet z ogromnymi kompleksami. Średni dziennikarz, który zawsze był w cieniu Rylskiego. Niby kolega z pracy, ale jak tylko Rylski zaczął mieć pod górkę, to nagle wyrósł na wielkiego oponenta naczelnego. Uważał się za głos rozsądku w redakcji. A prawda jest taka, że nie sięgał Rylskiemu do pięt i nie mógł tego przeboleć.
- No, dobrze. My właściwie w innej sprawie. Pan był z Rylskim w Kanadzie. Niech nam pan opowie, co się tam wydarzyło. Podobno Rylski zniknął na parę dni.
Mężczyzna w pierwszej chwili nic nie odpowiedział. Był wyraźnie zaskoczony pytaniem.
- To prawda, naczelny wyjechał gdzieś na kilka dni, ale nie mam pojęcia, dokąd. Powiedział, że to ważna prywatna sprawa, że mu coś pilnego wypadło. Tyle. Nic więcej nie wiem.
- A jak się zachowywał po powrocie do kraju? Niektórzy, na przykład jego żona, mówią że gdy wrócił, nie był tym samym człowiekiem. A pan coś zauważył?
- Nie, właściwie nic. No wiecie panowie, każdy ma lepsze i gorsze momenty. Kto powiedział, że człowiek zawsze musi być w dobrym humorze i wszystkich kochać?
- To wszystko? – spytał Hermann przyglądając się z bliska jednemu z czekanów wiszących na ścianie.
- No, ja nic więcej nie wiem.
Kiedy wyszli z mieszkania dziennikarza, zatrzymali się przed klatka schodową jego bloku i zapalili papierosy.
- Kłamie - powiedział Karpiel.
- Kłamie - potwierdził Hermann. - Mam to załatwić, czy poradzi pan sobie?
- Dam sobie radę.
Sawicki był wyraźnie zdziwiony, kiedy otworzył drzwi i zobaczył w nich ponownie Karpiela.
- O co chodzi?- spytał zmieszany.
- Chodzi o to, że pan kręci, a ja nie mam czasu na podchody.
Karpiel wszedł do mieszkania nie czekając na zaproszenie.
- Więc proponuję krótką piłkę: pan mówi, co wie, a ja wychodzę i już tu nie wracam.
- Ciekawa propozycja, tylko ja nie wiem, o czym pan mówi. Powiedziałem wszystko, co wiem.
Karpiel głośno westchnął.
- Nie sądzę. Mam tu w ręku wynik sekcji zwłok Rylskiego.
Komisarz machnął dziennikarzowi przed nosem białą tekturową teczką.
- Nie będę panu zdradzał szczegółów, powiem tylko o najważniejszym. Lekarz odkrył, że pana szef miał wyjątkowo złośliwy nowotwór. Czerniak złośliwy z przerzutami do mózgu. Bardzo zaawansowany. I myślę, że to miało związek z jego zniknięciem w Kanadzie. I myślę też, że pan o wszystkim wiedział, że pan go tam krył. Mieszkaliście w hotelu w Toronto w tym samym pokoju, nie? Sprawdziliśmy. Tak chory człowiek nie może ukrywać swej choroby 24 godziny na dobę. Albo pan to sam zauważył, albo panu po prostu powiedział. Po tym, jak pan się teraz stawia, wnioskuję że to drugie.
- Nie mam nic do dodania. Niech pan już idzie, jestem chory.
Sawicki demonstracyjnie usiadł na łóżku, jakby miał zamiar zaraz się w nim położyć.
- Jak pan woli. To jeszcze niech pan sobie obejrzy to - Karpiel podał dziennikarzowi dwie spięte ze sobą kartki.
- To protokół z zatrzymania niejakiej Nataszy Jukockiej, obywatelki Ukrainy. Została wczoraj wieczorem zatrzymana w Nowym Targu za handel podrabianymi towarami. Przy okazji wyszło na jaw, że jest w Polsce nielegalnie. Na przesłuchaniu pani Jukocka stwierdziła, że jest pana narzeczoną i wkrótce za pana wyjdzie.
- To prawda. Pobierzemy się i będzie tu mogła zostać. To tylko kwestia czasu – dziennikarz jak oparzony poderwał się z łóżka.
- Co też pan powie? A ja wiem, że to trochę potrwa, bo pan ciągle nie ma rozwodu z pierwszą żoną. Podobno pana dalej kocha i życia sobie bez pana wyobrazić nie może. A pani Natasza prosto z naszego aresztu trafi na granicę. Po tamtej stronie oczywiście. A ja osobiście przypilnuję, żeby szybko nie wróciła. Pan wie, że to teraz granica Unii. Jasne, że pan wie, przecież pan jest dziennikarzem. Ale niech pan się nie martwi, prawdziwa miłość nie takie rozłąki może przetrwać. Chociaż z drugiej strony…
Karpiel udał zatroskanego.
- … z drugiej strony, to podobno przepiękna kobieta. Chłopaki mówią, że w życiu kogoś tak ładnego nie zgarnęli. Ale skoro pana naprawdę kocha, to zaczeka na ten rozwód…
- Pieprzone plotkarskie miasto! Człowiek nie może mieć żadnej prywatności!
- No wie pan, żartuje pan chyba. Jest pan dziennikarzem gazety, która nie o takich rzeczach pisuje. Jakoś wtedy nie miewa pan obiekcji. A układ jest prosty. Pan mówi mi, co naprawdę stało się w Kanadzie, a ja poproszę moich kolegów, żeby tym razem darowali pana narzeczonej. Oczywiście, musi skończyć z handlem, bo jeśli nie, to wróci do nas bardzo szybko.
Karpiel wyjął z ręki dziennikarza kartki z protokołem. Sawicki znowu usiadł i ukrył twarz w dłoniach.
- To szantaż, to zwykły szantaż - powiedział cicho.
Komisarz pochylił się nad Sawickim.
- Niech pan mnie uważnie posłucha. Jesteśmy tutaj sami, tylko my dwaj. Mogę panu obiecać, że jeśli nie będę musiał, to tych informacji nie użyję. Ale sprawa jest bardzo poważna, a ta cała historia to niezła łamigłówka. Muszę to wszystko poskładać do kupy, a żeby to zrobić, muszę wiedzieć, co się stało na tym cholernym wyjeździe.
Dziennikarz spojrzał błagalnie na Karpiela swoimi przekrwionymi oczami.
- Proszę zrozumieć, przysięgłem Rylskiemu na wszystkie świętości, że nic nie powiem. Z dziesięć razy mnie prosił, żebym nikomu ani słowa nie powiedział. Obiecałem mu… Dzwonił do mnie dzień przed śmiercią, żebym jeszcze raz przyrzekł…
Karpiel znowu westchnął.
- No, dobra, to najpierw ja coś powiem panu: Rylski się sam nie zabił, to było morderstwo.
Dziennikarz był wstrząśnięty.
- O, Boże, naprawdę?! To potworne.
- Naprawdę. Prowadzę sprawę o morderstwo, rozumie pan? A pan ukrywa ważne informacje…
Sawicki milczał przez chwilę wyraźnie poruszony, a potem skapitulował.
- Było tak. Rylski miał atak w hotelu, w mojej obecności. Stracił na chwilę przytomność, miał drgawki, z nosa poszła mu krew. Chciałem kogoś wezwać, ale jakoś doszedł do siebie i zmusił, żebym nikomu nic nie mówił. Potem powiedział o guzie mózgu.
- Dokąd wyjechał?
- Do jakiejś kliniki w Montrealu. Miał przejść serię badań.
- Wie pan dokładnie, gdzie?
- A co, pojedziecie tam? – dziennikarz spojrzał pogardliwie na komisarza. - Nie, nie mam pojęcia.
- Zaplanował to wszystko wcześniej?
- Tak to wyglądało. Nasz wyjazd był planowany od pół roku, więc miał na to czas.
- I gdy zniknął, to go pan krył?
- Kryłem.
- Dlaczego? Miał coś na pana?
Sawicki się obruszył.
- Dlaczego od razu pan myśli, że musiał to tak załatwić? A może go po prostu lubiłem i szanowałem? Był świetnym dziennikarzem i przyzwoitym człowiekiem. Ilu pan takich zna? Czy spotkał pan kiedyś kogoś, kto jest naprawdę wyjątkowy, ale zachowuje się wobec wszystkich tak… normalnie? Rozumie pan? Jeden z najlepszych dziennikarzy w tym kraju był moim kolegą z pracy i poprosił mnie o przysługę. Tyle.
- A czy wie pan, dlaczego Rylskiemu tak bardzo zależało, żeby pan milczał na temat jego choroby?
- Zastanawiałem się… Może po prostu nie chciał, żeby go ktoś żałował, żeby się nad nim litowali…
- Może. Ale może chodziło też o to, że krótko po powrocie z Kanady ubezpieczył się na życie na okrągłą sumkę. Gdyby ktoś się dowiedział o tych badaniach, mogliby podważyć umowę.
- Ale po co się ubezpieczył? Może chciał, żeby opłacili jego leczenie. Umowy często obejmują taką klauzulę.
- Nie sądzę. Chyba raczej wiedział, że umrze i chciał zabezpieczyć byt swojej rodzinie.
Dziennikarz spuścił głowę.
- To teraz wszystko przepadło, co? Przez to, że wypaplałem… A tak mnie prosił.
- Zobaczymy. Nie znam się na takich rzeczach. Przepisy, niuanse prawne. Niech się inni tym martwią - powiedział Karpiel i pomyślał zaraz o Ostrowskim węszącym wokół sprawy Rylskiego.
- Myślę, że powinien pan tak czy inaczej dalej strzec tajemnicy swojego kolegi. Jasne?
Sawicki spojrzał zdziwiony na policjanta.
- Jasne? - Karpiel powtórzył pytanie.
Dopiero teraz Sawicki zrozumiał i skinął potwierdzająco głową.
- Pana narzeczona wyjdzie jutro rano. Tylko niech pan jej pilnuje.
Przed blokiem na komisarza czekał Hermann paląc kolejnego papierosa.
- I co? - spytał.
- Nic. Wygląda na to, że naprawdę nic nie wie. Nieźle go przycisnąłem, ale nie zmienił zdania.
Hermann wzruszył ramionami:
- No, trudno, może to w tej całej sprawie nie jest najważniejsze - powiedział, a kiedy Karpiel odwrócił się do niego plecami i ruszył w stronę samochodu, uśmiechnął się z wyraźną ulgą.

(em)