WYDAWNICTWA ZAKOPIANINY

ŚMIERĆ SAMOBÓJCY- Rozdział 22

 
 
 
 
 
Mariusz Koperski
 
ŚMIERĆ SAMOBÓJCY- Rozdział 22
 
 
ROZDZIAŁ 22
 
Kiedy Karpiel odzyskał przytomność i otworzył oczy, przez kilka sekund nie mógł sobie przypomnieć, gdzie jest i co się z nim stało. Nie rozumiał także, dlaczego otacza go półmrok. Czuł za to przejmujący ból w okolicach karku. Po chwili dotarło do niego, że siedzi na podłodze wyłożonej kafelkami, a kiedy jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności, poznał gabinet weterynarza Paliny. Chciał rozmasować sobie bolący kark, stwierdził jednak ze zdumieniem, że może to zrobić tylko lewą ręką.
Druga wykonała tylko nieznaczny ruch w stronę obolałego miejsca, a potem została przez coś zablokowana. Jednocześnie Karpiel usłyszał, jak dwa metalowe elementy uderzają o siebie, wydając charakterystyczny dźwięk. Boże, kajdanki! Jestem przypięty kajdankamido kaloryfera, pomyślał. Kątem oka dostrzegł jakiś ruch i ktoś się nad nim pochylił.
– No, wreszcie się ocknąłeś. Już zacząłem się martwić, że zrobiłem ci krzywdę – głos Hermanna zadudnił niskim tonem tuż nad uchem Karpiela. Komisarz próbował przypomnieć sobie, jaki impuls popchnął go do działania. Boże, chyba zwariowałem. I jeszcze na dodatek dałem mu się obić jak jakiś smarkacz. Zraniona duma zabolała prawie tak samo jak stłuczona głowa. Dopiero po chwili uświadomił sobie swoje położenie i wszystkie uczucia przesłonił strach przed tym, co się teraz stanie.
– Fajna sztuczka z tą bronią… Unik też był niezły – powiedział cicho.
– Dzięki – odparł Hermann. – Przewaga wyrafinowanej sztuki walki nad chamskim boksem.
– To znaczy?
– Aikido. Wiesz, co to takiego?
– Sztuka uników? A moja głowa? To już nie było zbyt wyrafinowane.
– Aaa, to już moja pięść. Umiejętność nabyta na wiejskich zabawach. Przydaje się równie często jak aikido. Bardzo cię zabolało?
Karpiel pomyślał o wypielęgnowanych kobiecych dłoniach Hermanna i jeszcze raz z niedowierzaniem
pomasował obolały tył głowy.
– Od kiedy to jesteśmy na ty?
– Żartujesz, Karpiel? Najpierw celujesz we mnie z broni, potem walisz mnie swoją wielką pięścią w twarz, a teraz oczekujesz, że będę się z tobą bawił w dworskie konwenanse? No cóż, etap dżentelmeński naszej znajomości mamy już za sobą. Nieodwołalnie!
– A pańskie oczy? Co to za numer?
– Oczy? Nic takiego, wybryk natury. Wada genetyczna.
– Aha.
Hermann wzruszył ramionami.
– Nic na to nie poradzę. Nie zawsze takie były. Kiedyś były po prostu jasnoniebieskie. Takie jak teraz są dopiero od kilkunastu lat. Ale robią wrażenie, prawda? Czasami zakładam barwione soczewki, ale wolę nosić okulary.
Racjonalne wytłumaczenie tego, co zobaczył, przyniosło Karpielowi nieoczekiwaną ulgę. Zaraz potem przypomniał sobie jednak o swojej niezbyt wesołej sytuacji. Zebrał się na odwagę i zadał to najważniejsze pytanie:
– I co teraz? Zabije mnie pan?
Pułkownik się roześmiał.
– A skąd ta myśl?
– Trzyma pan w ręku broń.
– Ach, tak.
Postać w mroku uniosła trzymany w ręku charakterystyczny przedmiot.
– To? To twoja. Zabrałem ci, żeby znowu coś głupiego nie przyszło ci do głowy. Walther P-dziewięćdziesiąt dziewięć. Niezła broń. Ale ja używam glocka.
Hermann rozejrzał się po gabinecie, przysunął krzesło bliżej skutego komisarza i usiadł, pochylając się do przodu. Jego głowę od głowy Karpiela dzieliło teraz najwyżej pół metra.
– Posłuchaj, to co ci grozi na pewno, to utrata pracy. Grożenie bronią oficerowi policji, użycie przemocy wobec przełożonego… Źle to wygląda… Oj, źle. Chyba że…
– Chyba że co?
– Chyba że się wytłumaczysz. Tylko musisz być bardzo przekonujący.
Karpiel milczał. Myślał o swoim położeniu. To pułapka. Chce się dowiedzieć, co naprawdę wiem. Jeśli powiem prawdę, zabije mnie. Z drugiej strony, już się zdradziłem, że go podejrzewam. To było głupie. Strasznie głupie. Mogłem z tym zaczekać albo porozmawiać wcześniej z Derebasem. Co ja właściwie chciałem osiągnąć? I czy mam stuprocentową pewność? A może jednak się mylę? Wtedy wyjdę na idiotę i naprawdę wyrzucą mnie z policji.
– To wszystko od początku wyglądało podejrzanie – zaczął. – Ale najpierw pomyślałem, że Komenda
Główna chce tu załatwić jakąś swoją sprawę. Polityka lub coś w tym stylu. Potem zacząłem podejrzewać, że ma pan tu własne interesy.
– Ja mam interesy?
– Właśnie. Powinienem wpaść na to wcześniej. Od razu zaintrygowała mnie pana sugestia, żebym nie
grzebał w dawnych sprawach Rylskiego, jakby się pan obawiał, że coś odkryję. W pierwszej chwili złożyłem to na karb pana arogancji i strasznie się wkurzyłem, dopiero potem pomyślałem, że może chodzić o coś więcej. Ta nasza wizyta u Zduna i dyskusja o pana pochodzeniu naprowadziła mnie na trop. Gdy sprawdzałem dziś przed południem informacje o Rylskim, uzmysłowiłem sobie nagle, że przegapiłem najważniejsze: Rylski urodził się w Zgierzu! To mnie najpierw zmyliło, bo pan ciągle opowiadał o tej swojej Łodzi i jakoś nie zwróciłem uwagi na to, że Zgierz leży parę kilometrów dalej. Olśniło mnie i zdałem sobie sprawę, że to może nie jest przypadek. I tak było, prawda? Pułkowniku, pan znał Rylskiego, i to bardzo dobrze. To pan jest jego upiorem z przeszłości. Mam rację?
Hermann westchnął głośno i opadł na oparcie krzesła. Założył nogę na nogę, a rękę z pistoletem wycelowanym w komisarza oparł na biodrze.
– Mów dalej. Na razie nie wymyśliłeś niczego szczególnego. Świat jest mniejszy, niż wszyscy myślą.
Ludzie się spotykają, nie widzą się latami, potem znowu się spotykają… Takie życie.
– Takie życie? Niech będzie. Ale nie chodzi o to, że się gdzieś, kiedyś spotkaliście. Was łączyło coś więcej.
– To znaczy co? – Hermann pochylił się na krześle.
Karpiel mógł teraz w półmroku panującym w gabinecie Paliny dostrzec jego twarz i swoje niewyraźne odbicie w szkłach okularów.
– Nie wiem dokładnie – odparł . – Ale to coś było na tyle ważne, że redaktor Rylski, znany i szanowany dziennikarz „Słowa Polskiego”, w lipcu tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego roku wstawił się za panem i uratował panu skórę w czasie weryfikacji funkcjonariuszy milicji i SB. Bo to był pan! Pan był tym esbekiem. Chyba się nie mylę?
Hermann odpowiedział dopiero po kilku sekundach:
– Pewnie, że się mylisz, bo nigdy nie byłem w SB! Ale to prawda, to o mnie był ten artykuł. Derebas powiedział mi, że jesteś bystry. Tak dokładnie się wyraził: „Karpiel jest bystry”. Powinienem był go posłuchać.
– Jasne. Pan myślał, że spotkał jakiegoś prostaka ze wsi, który niczego nie rozumie. Panu, jak wszystkim, górale kojarzą się z folklorem i cepelią. No, co najwyżej łaskawie doceniacie nasz upór i temperament. Wypić potrafimy i przypieprzyć, jeśli trzeba. Ale inteligencja nie jest już naszą mocną stroną. Prości ludzie z gór, nie? Ktoś tu mówił o pysze przestępców, którzy lekceważą
detektywów.
– W porządku, Karpiel. Może rzeczywiście tak jest. Przy innej okazji posypię sobie głowę popiołem. Teraz nie czas na to. Teraz chciałbym się dowiedzieć, dlaczego wycelowałeś we mnie broń i próbowałeś złamać mi szczękę.
Komisarz przełknął ślinę, nabrał powietrza i wyrzucił z siebie:
– Bo myślę, że to pan zabił Rylskiego.
Hermann parsknął śmiechem.
– Żartujesz? Ja? A dlaczego miałbym go zabić? To, że go znałem, to jedna sprawa, ale zabójstwo? Bzdura!
– Bzdura? Nasza praca to sztuka czytania z drobiazgów. Z paproszków i okruszków. Sam pan to mówił. Tu jakaś kropla krwi, tam włos, jeszcze gdzie indziej odcisk palca. Albo małe poszlaki. Pan jako wielbiciel porucznika Columbo powinien doskonale to rozumieć.
– Do rzeczy, Karpiel! Jakie drobiazgi, jakie poszlaki?
– Gdy dzisiaj weszliśmy do tego gabinetu, coś mi się przypomniało. Wtedy, w domu Rylskiego, kiedy byliśmy tam pierwszy raz, pan pochylił się nad podłogą i mówił o śladach krwi. Pamięta pan? Opowiadał mi pan fantastyczne rzeczy o swojej cudownej intuicji. Prawie dałem się nabrać. A potem zjawili się ci pana magicy i nagle okazało się, że plama była dokładnie w tym miejscu. Intuicja i doświadczenie? Takie brednie może pan opowiadać studentom w szkole policyjnej. Pan po prostu wiedział, gdzie ta plama powinna być. A potem powiedział pan coś, co w ogóle nie trzymało się kupy. Długo nie mogłem sobie tego przypomnieć… Kiedy odbierałem pana z pensjonatu, powiedział pan, że podają tam wyjątkowo paskudne jedzenie i że pan jest zdany na nie już od trzech dni. Od trzech dni! A przecież rozmawialiśmy w poniedziałek, a to znaczy, że pan był tu już w sobotę. Założyliśmy, że Rylski zginął między północą a pierwszą w nocy z soboty na niedzielę. Tak wynika z sekcji zwłok. Jakim cudem Komenda Główna wiedziała w sobotę, że trzeba będzie zająć się tą sprawą i wysłała pana do Zakopanego? Nie wiedziała! Bo nikt pana tu nie przysłał! Sam pan przyjechał i był tu już w sobotę. I w sobotę w nocy był pan u Rylskiego! I go pan zabił!
Tym razem Hermann nic nie odpowiedział, tylko zagwizdał z podziwem. Ale po chwili znowu wycelował w Karpiela pistolet i rzucił przez zaciśnięte zęby:
– No, no! Nieźle! Ale to nadal nic nie znaczy. Zaraz coś wymyślę… O! Powiedzmy, że byłem tu prywatnie na urlopie i dowiedziałem się o śmierci Rylskiego. Komenda, wiedząc, że jestem w Zakopanem, zleciła mi zbadanie tej sprawy. Może być? A poza tym, Karpiel, czegoś tu brakuje, nie widzisz tego? Detektywie, rusz głową: motyw! Po co miałbym zabijać człowieka, który, jak sam twierdzisz, kiedyś uratował mi skórę? Po co? Nawet najbardziej porypani mordercy mają jakiś motyw. I po co miałbym potem pomagać ci w śledztwie? Przecież to ty chciałeś je zamknąć i uznać, że to samobójstwo. Zapomniałeś już? To ja zmusiłem cię do ściągnięcia ekipy techników, do sekcji. Po co bym to robił?
– To rzeczywiście najtrudniejszy element łamigłówki. Długo nad tym myślałem....
– No i co wymyśliłeś, góralski filozofie? Dlaczego niby miałem zabić Rylskiego?
– To proste, żeby się wykazać. Jest pan gliną z sukcesami. Tak mówił Derebas. Skromny to pan nie jest. Nasłuchałem się od pana przez te dwa dni… Myślę, że pan jest jak strażak piroman, który najpierw sam wznieca ogień, a potem pierwszy rzuca się, żeby go ugasić i zostać bohaterem. Sprawa z Rylskim była doskonałą okazją. Znał go pan. Dużo pan o nim wiedział. Może przeczytał pan jeden z tych jego szalonych artykułów. Tak, to pan jest tym rzekomym zawodowym zabójcą. Zjawia się pan na miejscu zbrodni, opowiada wszystkim o swojej intuicji i doświadczeniu, a w rzeczywistości od początku dokładnie wie, jak doszło do zbrodni. I ma pan do dyspozycji grupę techników, nad którymi ma pan całkowitą kontrolę. Dlatego nalegał pan, żeby ich ściągnąć. Bardzo dobry sposób, żeby w razie czego usunąć wszelkie ślady i skierować śledztwo na inne tory. Tak było i tym razem. Zrobił pan ze Zduna mafiosa i przekonywał mnie, że to on za tym stoi. A to pan był w sobotę w nocy u Rylskiego. Przyszedł pan, żeby go zabić i…
Hermann zerwał się z krzesła i podszedł do okna, obok którego siedział Karpiel. Zmienił położenie żaluzji i do gabinetu wpadły promienie dziennego światła. Oślepiony Karpiel zmrużył oczy. Był pewien, że jest już wieczór, dopiero teraz zrozumiał, że uległ złudzeniu, że był nieprzytomny tylko przez chwilę, a słońce jeszcze nie zaszło. Pułkownik podszedł do niego, znowu się nad nim pochylił, ale tym razem dokładnie widzieli swoje twarze, a Karpiela znów przebiegł dreszcz na widok jego
zimnych białych oczu.
– Jedna rzecz mnie ciekawi, Karpiel! Czy jesteś taki odważny, czy taki głupi? Czy może jeszcze tak strasznie chcesz mieć rację, że gotów jesteś zaryzykować życie? Bo jeśli masz rację, to przecież będę musiał cię zabić, no nie? Tak jak mówiłeś, wszystko ustawię tak, żeby nikt nie wpadł na to, kto cię sprzątnął. Jeśli masz rację, tak właśnie będzie. Tylko mi powiedz, czy naprawdę tego chcesz? Czy wolałbyś się może mylić i żyć? To jak, zaryzykujesz? Fajnie sobie to wszystko wymyśliłeś, przyznaję. Motyw trochę naciągany, ale prawdopodobny. Sądy nie takie rzeczy widziały. Ale czy jesteś tego pewny? Bo jeśli masz wątpliwości, to chętnie ci wytłumaczę, jak było naprawdę. To jak będzie? Wolisz żyć czy mieć rację?
Karpiel milczał przez chwilę, po czym powiedział:
– Niech pan mówi.
– Mądry chłopiec. – Hermann uśmiechnął się, usiadł na krześle i założył okulary.

(em)