WYDAWNICTWA ZAKOPIANINY

ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdział 20

 
 
 
 
 
Mariusz Koperski
 
ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdział 20
 
 
ROZDZIAŁ 20
 
Miał ochotę odpowiedzieć Hermannowi: „A co to cię, kurwa, obchodzi?”. Pułkownik stawał się coraz bardziej namolny i Karpiel miał go serdecznie dość. Jego i jego głupich pytań. A tym ostatnim już przeholował. Jakie to ma teraz znaczenie, dlaczego został policjantem? Naprawdę to takie ważne? Został gliną, i tyle. Jest nim już od paru ładnych lat, rozwiązał kilka spraw, kilku draniom sprał porządnie pysk, pięć czy sześć razy wyciągnął broń, i to wszystko. Miał na to gotową odpowiedź, bo to durne pytanie pojawiało się zawsze, kiedy poznawał kogoś nowego. Tylko jedna, jedyna Ela nigdy go o to nie spytała. Był jej za to bardzo wdzięczny, bo jej akurat nie chciałby okłamywać. Miał na to odpowiedź, przećwiczoną, sprawdzoną, tylko coś mu mówiło, że ten cwaniak Hermann tego nie kupi i go wyśmieje. Powiedziałby pułkownikowi, że miał dość łajdactw i bezkarności, że chciał zaprowadzić porządek w swoim rodzinnym mieście i takie tam podobne.

Było mu niedobrze, ilekroć powtarzał te bzdury, czuł się wtedy obrzydliwie i zwykle musiał się potem napić i wypalić paczkę papierosów. I wcale nie dlatego, że miał wyrzuty sumienia z powodu kłamstwa, o nie, po prostu prawdziwy powód był tak głupi, że do dziś odczuwał wstyd, i to był jeden z tych wstydów, z których powodu człowiek chciałby zapaść się pod ziemię. Bo kiedy nadszedł czas podjęcia decyzji, nie miał pojęcia, kim chciałby zostać. Inni z jego klasy mieli jakieś plany, marzenia, nawet plany alternatywne, gdyby nie dostali się na wymarzone prawo albo medycynę.

Tylko on miał w głowie pustkę. Zresztą jego głowa zaprzątnięta była wtedy jedną myślą: żeby zdobyć jakoś tę Kasię Skupień z klasy. Do Kasi wzdychało zresztą wielu i wcale nie było to dziwne, bo w przeciwieństwie do innych dziewcząt ze szkoły, Kasia była już dojrzałą kobietą, a przynajmniej tak wtedy o niej myślał. Wyglądała jak dwudziestolatka, z tymi wszystkimi krągłościami tam, gdzie trzeba, pachniała jak kobieta i zachowywała się zupełnie inaczej niż jej chichoczące z byle powodu koleżanki. A że na Karpiela nadszedł właśnie czas burzy hormonów, Kasia stała się obiektem jego młodzieńczej seksualnej obsesji i powodem wyjątkowo częstych odwiedzin w konfesjonale.

Tylko że on był bardziej zdesperowany niż inni i postanowił działać, a nie tylko wzdychać i wyobrażać sobie różne rzeczy z rękami pod pierzyną. Wydał więc całe swoje oszczędności, żeby przekupić Ankę Buk, która siedziała z Kasią w ławce i uchodziła za jej najlepszą przyjaciółkę. Na szczęście dla niego jej przyjaźń miała cenę, niemałą, to prawda, ale uznał, że warto. Tak właśnie dowiedział się, że ojciec Kasi jest wojskowym, i że córka, wpatrzona w niego jak w obrazek, też wzdycha do mężczyzn w mundurach.

Tomasz Karpiel zrobił wtedy szybki przegląd służb mundurowych i ostatecznie odrzucił zarówno armię, jak i straż pożarną, i tak oto została mu policja. Potem musiał tylko zaczekać na odpowiedni moment, a ten nadszedł dość szybko. Kiedy na godzinie wychowawczej nauczycielka pytała ich po kolei, na jakie studia się wybierają, wszystkich, nie tylko Kasię, zatkało z wrażenia, kiedy Karpiel wstał i wypowiedział zdanie, które ćwiczył przez cały poprzedni dzień przed lustrem. „Zostanę policjantem”, powiedział i aż sam się przestraszył, słysząc swoje słowa.

I udało się, a on nie mógł uwierzyć, że to takie proste. Kasia podeszła do niego już na następnej przerwie i zaczęła wypytywać o szczegóły. I tu zaczęły się schody, bo jego plan ograniczał się do samej deklaracji, nie zamierzał przecież na poważnie zostać policjantem. Teraz jednak, kiedy zobaczył autentyczny błysk zainteresowania w piwnych oczach dziewczyny i poczuł, że jest już bardzo, bardzo blisko, nie mógł się już wycofać.

Dlatego pozwolił sobie pomóc przy wypełnianiu ankiety, a potem Kasia zapoznała go z ojcem wojskowym, nawet wybrała się z nim do Szczytna i nie było już wyjścia, bo nie odstępowała go na krok i ani się obejrzał, a stali oboje w sekretariacie szkoły i on pytał o egzaminy wstępne. No, ale poza tym, że wszędzie z nim chodziła i wszyscy mu tego strasznie zazdrościli, nic wielkiego dla niego z tego nie wynikało. Nie pozwalała się objąć czy przytulić, a o pocałunku lub czymś więcej mógł tylko pomarzyć. Więc jeszcze częściej biegał do spowiedzi, bo teraz miał ją przecież na wyciągnięcie ręki i tego napięcia nijak nie mógł wytrzymać.

Dopiero po tej wspólnej podróży do Szczytna coś drgnęło. Jakby, spryciara, do końca nie uwierzyła, że tak na poważnie chce być gliną. Gdy wrócili ze Szczytna, stała się o wiele milsza i przystępniejsza. Aż pewnego dnia, krótko przed maturą, wprost nie mógł uwierzyć w swoje szczęście: dała się namówić na wagary. Bóg łaskawy chciał, że tamtego ranka sakramencko padało, więc sama zaproponowała, że może pójdą do niego. I poszli.

Widzi ją jak dziś, siedzącą na jego łóżku z nogą założoną na nogę, z odkrytymi kolanami. Odchyliła się lekko do tyłu, ręce oparła o łóżko, przekrzywiła głowę i patrzyła na niego, lekko się uśmiechając. Cała była zaproszeniem do kochania. Podszedł do niej i pocałował ją w usta, a prawą ręką dotknął ukrytej pod stanikiem piersi. Nie protestowała. Był w tamtej chwili najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Tylko niestety tak to już jest, że od wielkiego szczęścia do wielkiej katastrofy bywa zaskakująco blisko. Na dole ktoś przekręcił zamek i skrzypnęły drzwi wejściowe.

W ten oto sposób rodzony dziadek zrujnował jego szczęście, bo zapomniał jakichś ważnych papierów, które musiał akurat tamtego dnia zanieść do urzędu. Kasia wpadła w panikę. Zaczęła biegać na palcach po pokoju, machając rękami jak spłoszony ptak szukający kryjówki. Po chwili zastanowienia wciągnął ją pod łóżko i przeleżeli tam z piętnaście minut, aż dziadek znalazł te swoje cholerne dokumenty i wyniósł się do diabła. Karpiel pomyślał wtedy, że we wszelkich romantycznych historiach byłby to doskonały moment, by między nimi do czegoś doszło.

Ale tu nie było o tym mowy. Nawet nie próbował. Przez cały ten czas Kasia leżała sztywna jak kłoda, zasłaniając rękami oczy, jakby to mogło w czymś pomóc. Kiedy wygramolili się spod łóżka, próbował jeszcze ratować sytuację, obrócić wszystko w żart, ale jej mina mówiła mu, że to był pierwszy i ostatni pocałunek i nie ma najmniejszych szans na dotknięcie jej drugiej piersi. Dziewczyna rzuciła tylko coś w stylu: „W życiu nie czułam się taka upokorzona”, i tyle ją widział. Nawet nie pozwoliła się odprowadzić. Nigdy więcej się do niego nie odezwała, ba, nawet na niego nie spojrzała.

Ale on nie chciał tak po prostu dać za wygraną. Zagrał va banque: dostał się do szkoły i przy pierwszej okazji poszedł w mundurze pod jej dom. Kręcił się tam przez cały weekend jak idiota, czaił za rogiem, chodził tam i z powrotem. Nie zobaczył jej jednak, a jeśli ona zobaczyła jego, nie dała mu żadnego znaku, że zrobiło to na niej jakiekolwiek wrażenie. Kiedy spotkał ją ostatnio na ulicy w Zakopanem, szła pod rękę ze swoim mężem i uśmiechnęła się lekko na powitanie. Może przypomniała sobie, jak leżała z nim pod łóżkiem, i może po latach wydało jej się to w końcu zabawne. Dziś, kiedy spaceruje z mężem, który jest księgowym czy kimś takim, i który chodzi do pracy w zwykłym szarym garniturze.

– No to co? Powie mi pan, dlaczego został policjantem? – Hermann nie dawał za wygraną.
– Dla dziewczyny – odburknął Karpiel.
Pułkownik się uśmiechnął.
– To bardzo dobry powód, Karpiel. W każdym razie nie gorszy niż inny.

(em)