WYDAWNICTWA ZAKOPIANINY

ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdział 18

 
 
 
 
 
Mariusz Koperski
 
ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdział 18
 
 
ROZDZIAŁ 18
 
Kilka godzin przed wydarzeniami w gabinecie weterynarza Paliny, koło południa Hermann i Karpiel złożyli wizytę Leszkowi Zdunowi. Właściwie należałoby mówić o audiencji, bo ustalenie terminu, kiedy biznesmen będzie miał wolną chwilę, by porozmawiać z policjantami, zajęło komisarzowi bardzo dużo czasu.Rezydencja Zduna znajdowała się połowie drogi między Poroninem a Bukowiną Tatrzańską. Już z daleka widać było stojący na wzgórzu ogromny dom otoczony wysokim murem. Samochód, jak zwykle prowadzony przez Karpiela, zjechał z szosy i zaczął wspinać się stromą drogą wijącą się wśród łąk. 
Z bliska mur wyglądał jeszcze bardziej okazale. Kiedy zatrzymali auto przed wielką bramą pokrytą miedzianą blachą, nie mogli ponad nią dostrzec nawet dachu domu. Ogrodzenie ciągnęło się w obie strony przez kilkaset metrów i ginęło z pola widzenia dopiero w lesie otaczającym rezydencję.
Do samochodu podszedł ochroniarz. Wielki, gruby facet ubrany, jakby wybierał się właśnie na jakąś wyprawę wojenną. Karpiel otworzył okno i machnął mu przed nosem policyjną odznaką, ale na osiłku nie zrobiło to żadnego wrażenia. Odwrócił się do policjantów plecami, wyjął z jednej z wielu kieszeni polowego munduru krótkofalówkę i zamienił z kimś kilka zdań. Po chwili brama otworzyła się powoli, a ochroniarz dał znak Karpielowi i Hermannowi, że mogą wjechać na posesję.
Kiedy zaparkowali samochód na wskazanym przez innego ochroniarza miejscu i stanęli przed ogromnym domem Zduna, prawie równocześnie westchnęli głośno, zadzierając wysoko głowy.
Dom był na pewno zjawiskiem niepowtarzalnym. Do jego niesamowitych gabarytów dochodziła jeszcze osobliwa koncepcja architektoniczna. Z typowych dla Podhala materiałów, czyli drewna i kamienia, zbudowano coś, co było dziwaczną mieszanką stylu góralskiego z motywami rodem z filmów fantasy. Z dachu pokrytego malowanym na czarno gontem i falującego niczym meduza w morskiej wodzie strzelały w niebo wieże i wieżyczki. Gdzieniegdzie, jako zwieńczenie wizji szalonego architekta, pojawiały się kominy fantazyjnie uformowane z szarego betonu. Otwory okienne były nieregularne i zaokrąglone, prawie każdy miał inny fantazyjny kształt. Jako że główne wejście do domu stanowiły wielkie półokrągłe drzwi, do których prowadziły okazałe marmurowe schody, Karpiel poczuł się przez chwilę tak, jakby stał przed jakimś mitycznym potworem, który rozdziawiając paszczę i wyciągając język, przymierza się do pożarcia go.
– I co, zatkało pana, pułkowniku? – zwrócił się do Hermanna.
– A jakże. Właśnie się zastanawiam, czy widziałem w życiu coś bardziej przerażającego i głupiego. Mam kilka skojarzeń filmowych, ale aż boję się pana pytać, bo znów pan powie, że nie ma telewizora.
– Jakiś film fantasy?
– Nie, myślałem raczej o Obywatelu Kane.
Hermann oderwał wzrok od domu Zduna i spojrzał z nadzieją na komisarza, a kiedy ten w zruszył przepraszająco ramionami, mruknął pod nosem:
– No właśnie, tak jak się spodziewałem. Luki w pana edukacji są doprawdy porażające. A swoją drogą, niech pan mi powie, ale szczerze – panu, rodowitemu góralowi nie przeszkadza, że buduje się tu takie obrzydlistwa?
– No wie pan, na swojej ziemi każdy może zbudować, co chce. Takie prawo i taka tradycja. A dopóki nikomu nie przyjdzie do głowy stawiać czegoś takiego w centrum Zakopanego, obok zabytkowych góralskich chałup… O Jezu, pułkowniku, niech pan spojrzy tam!
Karpiel wskazywał ręką coś na prawo wejścia. To, na co komisarz chciał zwrócić uwagę Hermanna, było dużym parkingiem, na którym stało w równym rzędzie około dwudziestu samochodów. Wszystkie były lśniąco czarne, miały przyciemnione szyby, a na masce ten sam charakterystyczny znaczek firmy BMW, jednak każdy był innym modelem. Stały ustawione od najmniejszego, trzydrzwiowego hatchbacka, po największe limuzyny i SUV-y.
– Robi wrażenie, co? – Policjanci odwrócili się jak na komendę, kiedy usłyszeli za sobą niski męski głos.
– W żadnym salonie w Polsce nie mają ich wszystkich. Oczywiście każdy w najlepszej z możliwych wersji. Poza tym pancerne szyby i tytanowe zamki. Taki kaprys.
Chudy, wysoki i trochę zgarbiony mężczyzna minął ich, idąc szybkim krokiem w kierunku parkingu. Jego twarz, wysokie, przechodzące w łysinę czoło i ręce wystające z rękawów kremowej lnianej koszuli były bardzo opalone, a na lewej błyskał drogi złoty zegarek.
– Chodźcie, chodźcie, chętnie pokażę… – powiedział, nie odwracając się do gości.
Dopiero kiedy zbliżyli się do parkingu na odległość kilku metrów, mężczyzna się zatrzymał. Z kieszeni jasnych lnianych spodni wyjął duży kluczyk do samochodu i uniósł rękę, żeby policjanci dobrze go widzieli.
– A to mój ulubiony gadżet. – Nacisnął guzik na kluczyku i dwadzieścia samochodów jak na komendę błysnęło krótko kierunkowskazami i zabuczało sygnałem wyłączanego alarmu. Właściciel armady czarnych bmw spojrzał z triumfem na policjantów.
– Często miałem problem ze znalezieniem właściwych kluczyków. BMW kazało sobie za to słono zapłacić, ale przynajmniej zawsze mam przy sobie te właściwie.
– I po co panu to wszystko, panie Zdun? – spytał Karpiel.
Zdun zmierzył komisarza takim wzrokiem jak profesor, któremu student zadał niedorzeczne pytanie.
– To proste: bo mnie na to stać – odpowiedział z satysfakcją.
– No i ma pan pewność, że nikt inny nie pojeździ, kiedy pana nie ma w domu – wtrącił Hermann.
– Ha! Panu bym chętnie dał się przejechać, ale… przecież nie ma pan prawa jazdy, pułkowniku Hermann. Jeszcze złapałaby pana policja.
Leszek Zdun spojrzał wyzywająco na Hermanna i zaśmiał się głośno z własnego dowcipu. Zapadła krępująca cisza. Karpiel zerknął ukradkiem na pułkownika, ale ten nie dał po sobie poznać, że ta nieoczekiwana dekonspiracja zrobiła na nim wrażenie. Mierzył Zduna wzrokiem jak bokser oceniający swoje szanse przed pojedynkiem.
– Co takiego się stało, że sławny policjant z Komendy Głównej zjawił się na naszej skromnej prowincji? – spytał Zdun.
Hermann wskazał ruchem głowy dom biznesmena i odparł:
– Wszędzie prowincja jest skromna, tylko nie tu. Nie w tej okolicy, a już na pewno nie u pana na podwórku.
– Cóż, każdy buduje, jak mu staje fantazji i pieniędzy – odrzekł Zdun. - Ja mam i jedno, i drugie. I niepokorną duszę. Jak wszyscy górale. - Spojrzał na Karpiela. – Pan to rozumie komisarzu Karpiel, prawda?
– Ja to rozumiem, panie Zdun, ale nie wiem, czy pan rozumie. Pan przecież nie jest góralem. O ile wiem, nie pochodzi pan z Podhala – wypalił Karpiel.
Mężczyzna spojrzał na niego groźnie, a potem uśmiechnął się i pogroził mu palcem:
– Oj, oj, nieładnie! Staram się być grzeczny dla gości, a pan mnie chyba obraża.
– Dlaczego od razu obraża? – znów wtrącił się Hermann. – Ja też nie jestem stąd i nie widzę w tym ujmy.
– Wiem, wiem, pan jest synem miasta Łodzi. I to nie byle jakim. Pana pradziadek był niemieckim fabrykantem, a prababka córką żydowskiego bankiera. No, tak przynajmniej głosi legenda. Niezła mieszanka. Jak rzeka, która płynęła przez to cuchnące przemysłowe miasto i do której wpadały wszystkie ścieki z fabryk. Ale teraz jest pan na obcym terenie. I widzę, że nic pan nie rozumie, pułkowniku. Ale spróbuję to panu wytłumaczyć. Chciałbym wam pokazać coś jeszcze. Proszę za mną.
Zdun ruszył, policjanci wymienili porozumiewawcze spojrzenia, po czym pospieszyli za nim. Idąc alejką wyłożoną granitową kostką, minęli parking zastawiony czarnymi samochodami i skierowali się do dużych drewnianych drzwi prowadzących do rodzaju pawilonu czy też oranżerii przylegającej do głównego budynku.
Mężczyzna zatrzymał się przed drzwiami i odwrócił do policjantów.
– Mam pytanie, czy któryś z panów coś zbiera, kolekcjonuje? Nie? Szkoda. Uważam, że interesujący ludzie powinni coś zbierać. Ja zawsze coś zbierałem. Znaczki, jak prawie każdy w dzieciństwie, potem puszki po zagranicznych napojach, płyty ulubionych zespołów, a potem coraz droższe i poważniejsze rzeczy.
– A teraz zbiera pan czarne bmw? – rzucił ironicznie Karpiel.
Zdun przemilczał tę uwagę, nawet na niego nie patrząc.
– Ale moja największą kolekcjonerską dumę trzymam za tymi drzwiami.
Na klawiaturze zamka szyfrowego umieszczonego na murze obok drzwi wystukał kilkucyfrowy kod. Po sekundzie usłyszeli stęknięcie ustępującego zamka i Zdun pchnął drzwi, a potem gestem ręki zaprosił policjantów do środka.
Weszli do pomieszczenia, które przypominało salę muzealną wielości dużej hali sportowej. Przez okna w dachu z białymi mlecznymi szybami wpadało do środka stonowane światło słoneczne. Podłoga pokryta była szarym marmurem, a przy pomalowanych na biało ścianach stały liczne gabloty z eksponatami. Zdun włączył dodatkowe oświetlenie i goście mogli dokładnie zobaczyć, co biznesmen uważał za swoją najważniejszą kolekcję.
– Niesamowite, co? – spytał po chwili dumny właściciel.
– Owszem – przyznał Hermann, podchodząc do pierwszej z brzegu gabloty. – Ale ani trochę oryginalne. To już lepiej było zostać przy tych znaczkach. Wie pan, w tym kraju tysiące ludzi zbierają pamiątki po papieżu.
– Ale to nie są zwykłe pamiątki. Zapewniam pana, że takiego zbioru nie ma w Polsce nikt – oburzył się biznesmen.
Karpiel rozejrzał się po sali. Wierzył Zdunowi. Zapewne niejedna parafia i niejedna szkoła nosząca imię polskiego papieża, ba, niejeden biskupi skarbiec, mogły tylko pomarzyć o takich eksponatach. Obok setek unikalnych zdjęć głowy Kościoła w różnych plenerach i z różnymi osobistościami, w tym wiele z jego autografami, w gablotach stały książki i albumy poświęcone sławnemu Polakowi, a wszystkie opatrzone krótkim opisem na małych metalowych tabliczkach, jak w prawdziwym muzeum.
Na poczesnym miejscu, w osobnej witrynie, wisiało kilka powiększonych i oprawionych w grube złote ramki zdjęć przedstawiających Leszka Zduna z piękną blondynką w wieku około trzydziestu lat, prawdopodobnie żoną, klęczących przed papieżem. Poza tym mnóstwo innych przedmiotów związanych z Janem Pawłem Drugim lub będących rzekomo kiedyś jego własnością.
Komisarz przechodził od gabloty do gabloty i z każdym krokiem jego podziw dla kolekcji wzrastał. Przystanął przed jedną z gablot. Wisiał w niej ornat, który, jak głosił opis, papież miał na sobie podczas powitania wiernych na Placu Świętego Piotra po pamiętnym konklawe.
– Oczywiście wszystko to oryginały? – spytał Karpiel, odwracając się i szukając wzrokiem Zduna. Przy okazji zauważył, że Hermann stoi w drugim końcu sali, ale demonstracyjnie odwrócił się plecami do wystawionej kolekcji i trzymając ręce w kieszeniach spodni, kątem oka obserwuje biznesmena.– Założę się, że niektóre z tych rzeczy stoją w innych miejscach i cieszą oczy wiernych. Na przykład ten stół z ołtarza z wizyty papieża…
– Tak, tak, wiem doskonale, gdzie stoi kopia, bo sam ją tam z niemałym wysiłkiem zainstalowałem. I za nią zapłaciłem. Ale ja mam oryginał. Tu nie ma kopii.
– Dlaczego pan właściwie to wszystko zbiera? – chciał wiedzieć Karpiel. – Taki pan wierzący?
– To oczywiście też. A do tego mam szacunek dla wielkiego człowieka. No i jest coś jeszcze – ten ołtarz na przykład pochodzi z mszy w Wadowicach. A wie pan, kto się tam urodził?
– No, każde dziecko wie.
– I kto jeszcze?
– Zapewne pan – odezwał się z głębi sali Hermann.
– Brawo, nareszcie! Teraz rozumiecie?
Karpiel nic nie odpowiedział, za to znowu odezwał się Hermann:
– Liczy pan na udziały w świętości swojego sławnego krajana? Zgadza się? Że spłynie na pana część tego szacunku, którym się tu cieszy.
– Mniej więcej. Choć nie podoba mi się ten kpiarski ton w pana głosie.
– A nie jest to przypadkiem lokata kapitału? – przerwał mu Karpiel. – Za parę lat Jan Paweł Drugi zostanie oficjalnie ogłoszony świętym, a wtedy wzrośnie zapotrzebowanie na pamiątki i relikwie. Wszystkie te pana eksponaty sprzedadzą się wtedy jak świeże bułeczki. “Kosmyk włosów z testem DNA potwierdzającym autentyczność…” – Karpiel przeczytał tabliczkę w gablocie, przy której właśnie stał. – To będzie relikwia.
– Znowu pan mnie obraża, komisarzu. Pułkowniku, może powinien zwrócić pan uwagę swojemu podwładnemu...
– Przykro mi, nie mogę. Jak pan słusznie zauważył, jestem na obcym terenie, komisarz u siebie. A skoro, jak pan twierdzi, pan też jest u siebie, to jest to wasza wewnętrzna sprawa. To znaczy on jest od zadawania pytań, a pan od odpowiadania. A ja, skromny obywatel “miasta ścieków”, grzecznie sobie posłucham.
– No właśnie, panie Zdun. – Karpiel uznał, że to najlepszy moment, by przejąć inicjatywę. – Nie przyjechaliśmy tu oglądać pana zbiorów. Mamy ważny powód. – Przyjął postawę i ton przesłuchującego policjanta, bardzo starając się, żeby jego głos zabrzmiał poważnie i surowo.
– Chodzi o śmierć Rylskiego? To żaden ważny powód. Walnięty dziennikarzyna uwolnił nas od swojego uciążliwego towarzystwa. Nie będę po nim płakał.
– Aż tak go pan nie lubił? No i skąd pan w ogóle wie, co się z nim stało? – zainteresował się komisarz.
– Kpi sobie pan ze mnie? Niech pan w końcu zrozumie! To moje miasto! Wiem o wszystkim, co się tu dzieje – Zdun stracił nad sobą panowanie.
– Jak mam to rozumieć? Wie pan wszystko o okolicznościach śmierci Rylskiego? Niby skąd? – Karpiel wczuł się w rolę śledczego.
Zdun zagryzł wargi. Widać było, że próbuje się opanować.
– No dobra, słuchajcie. Powiem to raz, a potem spadajcie. Chciałem być grzeczny, ale z was, jak widzę, tacy sami aroganci jak reszta policji. Rylskiego nie lubiłem, bo niby za co? Za te oszczercze artykuły na mój temat? Wszystko zełgane i wyssane z palca. Wkurzał mnie, bo od wielu lat walczę tu o dobrą reputację. A on zrobił ze mnie gangstera. Jestem bogaty, to prawda, ale uczciwy. Ludziom pracę daję, założyłem kilka fundacji, a forsą dzielę się, z kim się da. Z policją też. Ta toyota, którą przyjechaliście, to też za moje pieniądze. Niech pan spyta na komendzie, komisarzu.
Już nawet miałem iść do sądu albo po prostu kupić tę całą gazetę, ale szkoda mi pieniędzy, a i szum byłby pewnie straszny. Zaraz by ze mnie jakiegoś oligarchę zrobili. W końcu machnąłem na to ręką, bo Rylski się zagalopował i zaczął tracić wiarygodność. Przecież na koniec nikt nie brał go poważnie. Po co mi było by sobie nim ręce brudzić? I tak, jak przypuszczałem, sam się wykończył. Skąd wiem, co się stało? Tu plotki się szybko rozchodzą. A życzliwych ludzi nie brak. Wśród policjantów też… – Zdun uśmiechnął się znacząco.
– Co pan robił w sobotę w nocy między dwudziestą drugą a pierwszą? – spytał Karpiel rzeczowym tonem. On też miał już dość tej rozmowy.
Zdun zaśmiał się głośno.
– Co z pana za policjant? Naprawdę nie wie pan, gdzie wtedy byłem? Całe Podhale wie, a pan nie? Na weselu byłem. Na weselu mojej córki. Mam jakiś tysiąc świadków. Byłem tam ja i wszyscy moi ludzie. Co do jednego. Całą noc. Wszystko jest nagrane. Co do minuty. Zresztą była tam prasa i telewizja. I nawet ta gazeta Rylskiego też była. Ten redaktor Drzewiecki jest na szczęście normalny i wie, jak należy traktować kogoś takiego jak ja. Jeszcze jakieś pytania?
Najwyraźniej mina zmieszanego Karpiela sprawiła mu wystarczającą satysfakcję, bo powiedział:
– No to żegnam panów.
Ale kiedy wyszli z sali z eksponatami, rzucił jeszcze, niby mimochodem, do oddalającego się Hermanna:
– W sumie to dziwię się, że właśnie pana tu przysłali. Nie ma tu jakiegoś konfliktu interesów?
– Konfliktu interesów? Nie wiem, o czym pan mówi – odparł sucho pułkownik.
Zdun nic nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się tajemniczo i spojrzał Karpielowi w oczy, jakby chciał dać mu coś do zrozumienia. Hermann już miał ruszyć do bramy, ale tym razem on zatrzymał się nagle i odwrócił do Zduna.
– Mówił pan, że ma pan nagrane to wesele. Moglibyśmy je obejrzeć?
Zdun roześmiał się z satysfakcją.
– Panu chyba też żal, że pana tam nie było, co? I ma pan rację, to było fantastyczne góralskie wesele. Tylko tutaj jeszcze takie się wyprawia. A jakie poprawiny były! Nie ma sprawy, zaczekajcie chwilę. Mam nagranie gotowe do rozesłania gościom – odparł Zdun i ruszył w stronę głównego wejścia do swojego wielkiego domu.
Tymczasem pułkownik pochylił się w stronę Karpiela i szepnął mu coś na ucho. Po jakichś pięciu minutach Zdun wrócił. Niósł płytę DVD w specjalnym okolicznościowym opakowaniu. Kiedy wyciągnął rękę z płytą w stronę pułkownika ten się cofnął, więc Karpiel szybko zrobił krok do przodu i ją od niego odebrał.
– Będzie pan to oglądał? – spytał, kiedy opuścili już posesję biznesmena i krętą drogą jechali samochodem w dół skarpy.
– Ja? Nie. Pan to obejrzy. Nagrywanie wesel to jeden z bardziej żenujących pomysłów, o jakich słyszałem. Oglądanie tym bardziej. Ale panu się pewnie spodoba. Aha, i proszę nie zapomnieć zdjąć odcisków Zduna z opakowania. Mogą się przydać.
– Teraz rozumiem, dlaczego nie chciał pan wziąć jej do ręki. Nie chciał pan, żeby znalazły się tam również pana odciski. Sprytnie. Przecież pana tu nie ma.
Hermann uśmiechnął się, dając do zrozumienia, że przyjmuje te słowa uznania do wiadomości.
Zdun stał tymczasem przed wejściem do swojego okazałego domu i patrzył za odjeżdżającymi policjantami. Za jego plecami pojawił się przysadzisty, wysoki mężczyzna w beżowej koszulce polo.
– No i co jest, szefie? Nie będziemy mieli przez nich kłopotów? Może coś z tym trzeba zrobić?
– Owszem, ale nie twoja w tym głowa. – Zdun ciągle patrzył na oddalającą się toyotę.
– Co pan zrobi z tym pułkownikiem?
Biznesmen spojrzał przez ramię na mężczyznę się uśmiechnął.
– A co się robi, kiedy ma się kłopoty z jakimś pułkownikiem? No co? – Zrobił mądrą minę. – Wzywa się na pomoc generała. A ty lepiej sprawdź, co słychać u naszego znajomego, pana Ostrowskiego.
– Mam go przycisnąć?
– Jeśli będzie trzeba… Tylko, Rollo – Zdun pogroził mężczyźnie palcem – gdyby coś się stało, ma nie być żadnych śladów, jasne? Nic, co mogłoby powiązać to z nami.
– To oczywiste, szefie. Niczego nie znajdą.

(em)