WYDAWNICTWA ZAKOPIANINY

ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdział 12

 
 
 
 
 
Mariusz Koperski
 
ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdział 12
 
 
ROZDZIAŁ 12
 
- Nie może pan robić takich rzeczy pułkowniku! Nie jest pan u siebie!
Hermann żachnął się:
- Komisarzu, niech pan sobie daruje! Chce mi pan prawić kazania? Sprawa nie jest warta nawet tego, żebyśmy tu teraz o tym dyskutowali. Facet dostał nauczkę, bo zachował się jak cham i ostatni kutwa.
Pułkownik siedział wyraźnie rozluźniony w gabinecie Karpiela paląc cienkie, mentolowe marlboro i wydmuchując dym w kierunku sufitu.
Karpiela bolała głowa. Zaczął się martwić, bo nie mógł ostatnio odróżnić zapalenia zatok od kaca po czerwonym winie. Podniesione ciśnienie wcale nie pomagało ani na jedno, ani na drugie. Próbował się opanować. Wreszcie udając spokój powiedział:
- To niech pan opowie, co się właściwie stało.
Hermann przestał śledzić wzory z papierosowego dymu nad swoją głową i czyniąc Karpielowi wyraźnie łaskę odrzekł:
- Właściwie to pana wina.
- Moja? – komisarz miał ochotę roześmiać się, ale jeszcze tym razem zwyciężyła złość.
- Tak, pana. Umawialiśmy się, że będę mógł liczyć na pana pomoc, jeśli chodzi o transport. A pan mnie wystawił i polecił skorzystać z tutejszej komunikacji. Na dodatek nie ostrzegł mnie pan, że to może być przeżycie ekstremalne. Ja właściwie to nie mam nic przeciwko, tylko cholernie nie lubię być zaskakiwany. Skok z bungee to adrenalina. Jasne? Jasne. Skok ze spadochronem też. Ekscytująca może być nawet przejażdżka taksówką po Mexico City albo spacer nocą po łódzkich Bałutach. Ale na miły Bóg, nie jazda busem po Zakopanem! I wy nazywacie się zimową stolicą Polski!
Było aż tak źle? – Karpiel zaczynał być cała sprawą rozbawiony.
- Nie, było wspaniale! – odparł Hermann. – Wsiadłem do busa tam, gdzie mi pan powiedział. Był prawie pełny, ale czekaliśmy chyba jeszcze z kwadrans aż ruszył. Myślałem, że przynajmniej pojedziemy szybciej, bo wszystkie miejsca były zajęte i kilka osób już stało. Ale nie, zatrzymywał się na każdym przystanku i na każdym wsiadało jeszcze kilka osób. Po kilku takich postojach zaczęło być naprawdę zabawnie. Na moich kolanach wylądowała jakaś panienka, miała ze dwadzieścia pięć lat, najkrótszą mini, jaką widziałem w życiu, pół pleców i pępek na wierzchu. Była naprawdę niczego sobie, przynajmniej z mojej, dość ograniczonej perspektywy i pewnie bym się nawet podniecił, tylko w tym busie nie było już miejsca na mały palec niemowlaka, a co dopiero przyzwoitą erekcję dojrzałego mężczyzny. Poza tym panna wypsikała się jakimiś perfumami, które już same w sobie powodowały u mnie odruch wymiotny. Potem ludzie zaczęli się pocić, bo gość za kierownicą miał gdzieś, czy w jego aucie jest jakaś wentylacja. Więc tak mniej więcej po następnych pięciu minutach przestałem lustrować zgrabne uda tej dziewczyny, bo musiałem zająć się moim żołądkiem.
- I to wszystko? – Karpiel nabrał nagle ochoty, żeby się z Hermannem trochę podrażnić.
- Nie, potem było najlepsze: on chciał, żebym mu za to zapłacił! Kazałem mu iść do diabła!
- Ale zamiast wyrzucać człowiekowi kluczyki przez okno, mógł mu pan machnąć przed nosem odznaką. Wtedy by się uspokoił. Gwarantuję.
- No właśnie. A ja nie chciałem go uspokajać, wręcz przeciwnie, chciałem go wkurwić i ukarać!
Karpiel oparł się o całymi plecami o krzesło i wymownie odchylił głowę do tyłu. Miał dość pułkownika. Przebywanie z nim było wyczerpujące.
Pracował z Hermanem już trzeci dzień, ale ciągle nie mógł wyrobić sobie o nim zdania. Przeważnie pułkownik irytował go arogancją i pewnością siebie. Z drugiej strony naprawdę potrafił imponować doświadczeniem i błyskotliwością. I było jeszcze coś: Karpiel nigdy do tej pory nie spotkał policjanta, który po tylu latach pracy dysponowałby taką energią, świeżością i ciekawością świata. Hermann ciągle o coś pytał, kazał sobie tłumaczyć wszystko z detalami, a odpowiedzi Karpiela prowadziły zwykle do następnych pytań. Czasami, gdy Karpiel był z jakiegoś powodu wściekły na pułkownika, odpowiadał mu tylko półgębkiem i dawał do zrozumienia, że nie ma ochoty na rozmowy, ale tamtego to w ogóle nie zrażało. Słuchał bardzo uważnie wszystkiego, co mówił młody policjant, często powtarzając ni to do siebie, ni to do Karpiela: “Ciekawe, bardzo ciekawe”.Większość jego pytań dotyczyła życia i pracy w Zakopanem, niekiedy jednak pytania były bardziej osobiste.
- Co pan robi, kiedy pana narzeczona jest zajęta? - spytał kiedyś nagle, kiedy siedzieli, popijając kawę w przytulnej, urządzonej w nieco mieszczańskim stylu, cukierni przy ulicy Witkiewicza
- Nie rozumiem.
- No, pytam o pana hobby, zainteresowania. Co pan robi, komisarzu, gdy pan odkłada broń na półkę i przestaje być policjantem?
- Myślałem, że prawdziwy policjant nigdy nie przestaje nim być. Że jest wiecznym myśliwym.
Hermann zrozumiał przytyk. Uśmiechnął się łagodnie.
- Bzdura. Pan mnie źle zrozumiał. Trzeba mieć jakieś inne życie, jakieś pasje, rodzinę… Wie pan...
- Wiem. No więc, uprawiam sport. Kickboxing.
- No, no, no. Nieźle. Jakieś sukcesy?
- Owszem. Wicemistrzostwo Polski, kilka lat temu.
- Coś jeszcze?
- Kiedyś grałem.
- Grał pan? W co?
- Nie w co, tylko na czym. Grałem na skrzypcach.
- Na gęślach?
- Gęśle to mogą być dla nas. Dla pana to są skrzypce. Grałem w kapeli góralskiej.
- Kurde, naprawdę? To niesamowite! - Hermann był wyraźnie podekscytowany. - To co, siedział pan w knajpie ubrany po góralsku i grał do kotleta?
- Grałem od ósmego roku życia. Dziadek mnie nauczył. Byłem w zespole prowadzonym właśnie przez mojego dziadka. A potem rzeczywiście trafiały się różne fuchy. W restauracjach, na weselach, na różnych imprezach dla turystów. Można było sobie nieźle dorobić.
- Mówi pan: “grałem”. Co się stało, że pan przestał?
- Kiedy zostałem policjantem, sprawy zaczęły się komplikować. Wie pan, nie wszyscy moi kumple byli aniołkami. Ale myśleli, że jeśli mają w kapeli policjanta, to wszystko im wolno. Zaczęło być nieprzyjemnie. Raz doszło do strasznej rozróby. Jeden chłopak z zespołu spił się i pobił gościa. Turystę. Myślał oczywiście, że mu pomogę, że się wywinie. A ja musiałem podjąć przykrą decyzję, albo pożegnać się z robotą.
- Rozumiem.
- Zresztą nie chodziło tylko o tę awanturę. To się zdarzało co chwila. Wie pan, tutaj wszyscy są rodziną. Karpiele to wielki, góralski ród. Nie żartuję. Jak nie kuzyn, to syn ciotki matki brata. Jak nie rodzina, to przyjaciele rodziny. Ciągle ktoś miał sprawę. A ja nawet gdybym chciał, nic nie mogłem zrobić. A nie chciałem. Nie po to zostałem policjantem, żeby ratować skórę jakiemuś debilowi, który po pijaku wjechał w płot sąsiadowi. A na pijaków za kółkiem jestem szczególnie cięty. Więc…
- … więc wszyscy pomyśleli, że Karpielowi woda sodowa uderzyła do głowy. Nie tak było, komisarzu?
- Coś w tym stylu. Teraz trochę się uspokoiło, ale niektórzy są wyjątkowo pamiętliwi. Jedna taka stara ciotka to do tej pory potrafi wyzywać mnie przy lada okazji, że jej synkowi nie uratowałem prawa jazdy, jak go złapali z dwoma promilami.
- Wie pan co, komisarzu? Coraz mniej panu tego Zakopanego zazdroszczę.
Karpiel uśmiechnął się tylko i nic nie odpowiedział.
- A panu jak się żyje w wielkim mieście Warszawie? W stolicy? - spytał po chwili.
- Może być. Chociaż Warszawa to na dobrą sprawę nie jest miasto. To jeden wielki bałagan. Zbyt wielu ją budowało i zbyt wielu niszczyło. I to się czuje na każdym kroku. Ale są tam także naprawdę piękne miejsca. Tylko trzeba je umieć znaleźć. Jesli pan się kiedyś pojawi w Warszawie, to pokażę panu. Poważnie!
Karpiel nie bardzo wiedział jak zareagować na to nagłe spoufalenie, więc znowu milczał.
- Czy pańscy ludzie ustalili coś w szpitalu? - spytał Hermann nagle zmieniając temat.
- Nic, kompletnie nic. - odpowiedział Karpiel. - W żadnym szpitalu, ani u żadnego lekarza prywatnego go nie było. Sprawdziliśmy dokładnie.
- Pomyślmy - pułkownik zaczął się zastanawiać na głos. - Wygląda na to, że to jakiś zawodowiec ściągnięty tu z zewnątrz. Chyba musimy tak założyć, nie sądzi pan? Zbyt to wszystko przemyślane i dopracowane, żeby mogła być to zwykła zbrodnia w afekcie popełniona przez amatora. Żona raczej nie wchodzi w rachubę, Drzewiecki ma żelazne alibi, Sawickiemu brak motywu. Jeśli jest taki cwany, jak myślimy, był tu wcześniej i wszystko sobie przygotował.
- Może miał ze sobą jakiś zespół, w którym był lekarz?
- I kto jeszcze? Krawiec, kucharz i fryzjer? Nie, to niemożliwe.
- Proszę nie zapominać o tym, co odkryli pana ludzie. Na podłodze w krwi były dwa różne odciski butów. Sprawców mogło być dwóch i wtedy cała teoria o lekarzu robi się wątpliwa. Może po prostu jeden sprawca został ranny, a drugi dokończył za niego robotę.
- Komisarzu, pan najwyraźniej nie przeczytał dokładnie protokołu. Tam jest mowa o dwóch różniących się “nieznacznie” odciskach butów. Z czego jeden zachował się tylko częściowo. Fachowiec z mojego biura zaledwie dopuszcza możliwość, że to są odciski dwóch różnych butów. To wielka różnica. Poza tym mamy tylko jedno DNA zebrane z odłamków rozbitego szkła znalezionego w salonie pod komodą.. Trzymajmy się prostych rozwiązań: jedno DNA, jeden sprawca. Ja znam zawodowych zabójców, komisarzu. Tacy ludzie pracują najczęściej sami. Jeśli ktoś popełnia zbrodnię, za którą można dostać dożywocie, nie chce mieć świadków. Zresztą, po co do nieszkodliwego, bezbronnego dziennikarza mieliby wysyłać dwóch? To nie gangster, tylko spokojny ojciec rodziny. Nie, on był sam. Mówię panu! Możliwe za to, że miał w okolicy jakiegoś upatrzonego lekarza. Tak na wszelki wypadek. Normalnie nie przyszłoby mi to do głowy, ale ten zabójca jest niezły.
Hermann przerwał i zamyślił się, jakby coś przyszło mu nagle do głowy.
– Wie pan, to wcale nie musiał być wykwalifikowany lekarz, wystarczyłby ktoś potrafiący opatrywać rany. Rylski nie miał broni, w jego domu nie ma śladów po kuli ani prochu, więc najprawdopodobniej zranił napastnika czymś ostrym. To nie była chyba poważna rana. Ale sprawca krwawił i musiał coś z tym zrobić.
Karpiel zmarszczył czoło. Wyglądał jak ktoś, kto chce zgłębić sens istnienia ludzkości.
- Czyli, co? Dał się opatrzyć, a potem wrócił i dokończył, co zaczął? Wymył i przebrał martwego Rylskiego i dopiero wtedy go powiesił? Niesamowite. Nie słyszałem jeszcze o czymś takim. Ale gdyby tak miało być, to rana musiałaby być rzeczywiście powierzchowna. Mówi pan, ktoś, kto potrafi opatrywać rany? To mogłaby być pielęgniarka, albo… Wiem! - Karpiel aż podskoczył na krześle. - Wiem, kto to był, pułkowniku!
- Mam nadzieję, że pana myśl warta jest mojego espresso - powiedział Hermann patrząc na swoją przewróconą filiżankę.