WYDAWNICTWA ZAKOPIANINY

ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdziały 9 i 10

 
 
 
 
 
Mariusz Koperski
 
ŚMIERĆ SAMOBÓJCY - Rozdziały 9 i 10
 
 
Rozdziały 9 i 10
 
Rozdział IX

- Kim jest ten Zdun? Jakaś tutejsza mafia? – spytał Hermann, odpalając komisarzowi papierosa. Karpiel roześmiał się:
- Mafia?! Nie, to za dużo powiedziane. Ma w Zakopanem i w okolicy kilka dużych restauracji, kantorów, dyskotek i innych nieruchomości. W tym mieście prawdziwy pieniądz tkwi w ziemi. Każdy metr kwadratowy to potencjalny zysk. Najdroższe działki w Polsce są właśnie tutaj. Bo ziemia to turystyka, hotele i restauracje. Ale czasami trzeba się przy tym zdrowo nakombinować i nagiąć prawo. Rylski twierdził, że Zdun pierwszy kapitał zbił pod koniec lat osiemdziesiątych na przemycie kradzionych aut. I było coś jeszcze: Zdun jest z wykształcenia chemikiem, a w czasie służby wojskowej był specjalistą od materiałów wybuchowych. No, a plotka głosi, że w swoim czasie pracował dla jakiegoś mafiozo i pomagał mu likwidować konkurencję, posyłając ją do nieba. O tym też pisał Rylski. Ale to wydawało się już nieprawdopodobne.
- Plotki, plotki, za dużo ich tutaj. W naszej pracy potrzebujemy faktów, nie plotek.
- Cóż, tak to jest w małych miasteczkach, czasami trudno oddzielić jedno od drugiego.
Pułkownik w odpowiedzi machnął zniecierpliwiony ręką:
- Czy ten Zdun ma jakichś ludzi, którzy byliby w stanie…
- Sprzątnąć Rylskiego? I to jeszcze w ten sposób? Nie, nie sądzę. Co prawda kręci się wokół niego kilku podejrzanych typów, ale znamy ich wszystkich i jestem pewien, że żaden nie byłby zdolny to popełnienia jakiejś wyrafinowanej zbrodni. To straszaki, potrafią narobić dużo hałasu i zamieszania, ale nic więcej.
- A ktoś inny?
- Nie, raczej nie.
- Więc może zrobił to ktoś z zewnątrz? Może moje przypuszczenie jest słuszne i Rylskiego dopadły upiory z przeszłości?
- Pułkowniku, przyznaję, sprawa jest rzeczywiście dziwna, ale ciągle nie możemy być pewni, że Rylskiemu na pewno ktoś pomógł pożegnać się z życiem.
Hermann spojrzał na zegarek.
- No to najwyższa pora się o tym przekonać, co? Ekipa powinna już być w Zakopanem.
Sięgnął do kieszeni po komórkę i wybrał numer.
- Janusz? Tu Hermann. Gdzie jesteście? Aha, to świetnie, za piętnaście minut tam będę. W porządku. …Na razie.
- Rzeczywiście ma pan znajomości - powiedział Karpiel trochę z podziwem, a trochę z kpiną.
- Nie, komisarzu, znajomości to ja.

Rozdział X

Pięć osób z ekipy Hermanna opanowało dom Rylskiego. Czterech mężczyzn i kobieta, wszyscy w jednolitych, jasnoniebieskich kombinezonach, wszyscy w lateksowych rękawiczkach. Od czasu do czasu błyskał flesz aparatu fotograficznego, poza tym pracowali prawie bezgłośnie, porozumiewając się gestami i krótkimi zdaniami wypowiadanymi półgłosem. Członkowie ekipy wychodzili co jakiś czas na podwórko, gdzie stał zaparkowany duży, dostawczy samochód z wymalowanym na granatowym lakierze wielkim logo firmy, zajmującej się architekturą zieleni.
- Są tylko dwa takie w kraju – zdradził Karpielowi Hermann. – Jeden ma Centralne Biuro Śledcze, drugi my.
Wyglądali na zgraną grupę zawodowców. Poruszali się powoli i delikatnie, jakby z szacunkiem dla miejsca zbrodni. Karpiel patrzył na ich działania jak na jakiś teatralny spektakl.
- Szukajcie wszystkiego, musimy znaleźć każdy włosek i każdy odcisk palca, który nie pochodzi od Rylskiego i jego rodziny. Szczególnie dokładnie zbadajcie okolice miejsca, gdzie znaleziono ciało – polecił pułkownik.
Ale pierwszy ślad znaleziono gdzie indziej.
- Pułkowniku, mam coś! – krzyknął policjant badający łazienkę. Kiedy Karpiel i Hermann weszli tam przez drzwi prowadzące bezpośrednio z salonu, nie zauważyli w pierwszej chwili nic szczególnego. Aż do chwili, gdy policjant zgasił światło.
- Tutaj - powiedział włączając niedużą latarkę, którą trzymał w ręku. W ultrafioletowym świetle wanna i kafelki na ścianach, wszystko mieniło się fosforyzującymi niebieskim światłem nieregularnymi plamami.
- Krew? – spytał komisarz.
- Na to wygląda - odparł człowiek z ekipy. - Spryskaliśmy to przed chwilą luminolem. Krew jest rozmazana. Ktoś próbował usunąć ślady, ale albo bardzo się spieszył, albo zrobił to nieudolnie.
Policjant oświetlił lampą całą wannę.
- To dziwne. – zauważył nagle. - Krwi nie ma zbyt dużo. Wygląda to tak, jakby ktoś próbował włożyć do wanny ciało, które już nie krwawiło. Sprawdzimy, może uda się zebrać dość, żeby ustalić DNA.
Skierował niebieskie światło na podłogę.
- Tu są pojedyncze ślady kropli krwi. Jakby ktoś szedł i krwawił.
Ślady prowadziły na środek salonu, a pod belką, w miejscu, gdzie znaleziono ciało Rylskiego, było ich szczególnie dużo.
Karpiel spojrzał na Hermanna, a ten wzruszył tylko ramionami, jakby chciał powiedzieć: „Przecież mówiłem”.
- Świetnie, następna zagadka - Karpiel rozłożył z rezygnacją ręce. - Sekcja nie wykazała na ciele ofiary żadnych ran. Żadnych. Ani kropli krwi.
- Ma pan już wyniki sekcji? Szybko. Nic pan nie mówił. Mniejsza o to. Czy odkryli coś na ubraniu ofiary? - spytał pułkownik.
- Na ubraniu? No właśnie nic. O co tutaj chodzi?
- No, ktoś najwyraźniej zaniósł ciało do łazienki. Jak pan myśli, po co? Czego szukał w łazience, czego nie mógłby zrobić tutaj?
Karpiel zrozumiał:
- Zaniósł ciało, żeby je umyć.
- No właśnie, a skoro ciało było zabrudzone krwią…
- …to ubranie też - dokończył Karpiel myśl pułkownika. - Ale Rylskiego znaleziono w czyściusieńkim ubraniu. Był ubrany jak do trumny. Biała, nieskazitelna koszula... To chore, o Boże, ktoś… ktoś go obmył z krwi i przebrał? A potem powiesił? Już martwego albo nieprzytomnego? Ale to nie wyjaśnia, skąd ta krew! No, bo jeśli nie jest to krew ofiary… to musi należeć do zabójcy. Ale jeśli zabójca krwawił, to kto ubrał Rylskiego w nowe ciuchy na których nie było śladów krwi? Chyba, że zabójca nie był sam i …
- Brawo, komisarzu! – przerwał Hermann. – Cieszę się, że wreszcie zaczął pan myśleć. Bardzo dobre pytania. Teraz przydałoby się kilka odpowiedzi. Radzę wysłać kogoś do szpitala, przychodni, gabinetów lekarskich. Jeśli zabójca był ranny i obficie krwawił, mógł próbować coś z tym zrobić. A teraz chciałbym zajrzeć do protokołu sekcji. Czy znaleźli jeszcze coś ciekawego?
- Owszem, nawet bardzo.

(em)