SYLWETKI

KAROL KŁOSOWSKI gazda z Kościeliskiej

 
 
 
 
 
Marek Różycki jr.
 
KAROL KŁOSOWSKI gazda z Kościeliskiej
 
Karol Kłosowski (1882-1971)
 
Minęła 40. rocznica śmierci artysty malarza - ostatniego już młodopolskiego malarza - prof. Karola Kłosowskiego, niezwykle barwnej zakopiańskiej postaci. Nie był rodowitym góralem, wywodził się z dalekiego Podola, ale kiedy po raz pierwszy, jeszcze jako student krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, przywędrował do zakopiańskiej wsi, urzekły go Tatry i zachwycili mieszkańcy tego zakątka Polski.
 
Osiadł Karol Kłosowski pod Giewontem, ożenił się z ludową poetką, Kasią Sobczakówną i przez ponad pół wieku gazdował przy ulicy Kościeliskiej, w „Cichej”, która prowadzona przez rodzinę Sobczaków, gościła między innymi panny Skłodowskie, Orkana I Kasprowicza, zanim ten ostatni zamieszkał w swojej Harendzie. Ileż artystycznej pasji, wysiłku, gospodarskiej dbałości poświęcił Karol Kłosowski swej „Cichej” zagrodzie: domowi wraz z budynkiem gospodarczym, stanowiącym zabytek podhalańskiego budownictwa drewnianego, który artysta przebudował i pięknie utrzymywał. Przyciągała też „Cicha” tłumy turystów z kraju i z zagranicy. Gazda z Kościeliskiej rad był gościom, wprowadzał ich do wnętrza urządzonego w stylu góralskim, zapraszał do swojej pracowni, w której malował do ostatnich dni życia.

Z tych to odwiedzin, kończących się zwykle koncertem na własnoręcznie zbudowanych cymbałach, pozostały księgi pamiątkowe, w których przybysze dziękowali profesorowi za wprowadzenie ich w „inksy świat”, świat sprzed ponad pół wieku. Zapisy, w ponad 40 językach, dowodzą, jak daleko sięgała sława „Cichej” i jej gazdy.

Już sama bramka w kształcie „kaplicoski” – na jej froncie gałązki układają się w napis „Cicha” – przykuwała spojrzenie. Zaraz u wejścia na podwórze miniaturowa chatka góralska służąca za budkę dla psa, tuż obok stylowa studzienka. A dalej ogród, obwiedziony strojnym płotem, sponad którego pną się ku słońcu w kolorowej zawierusze kwiaty, kwiaty, kwiaty… Nigdzie pod Giewontem nie widywało się tyle kwiatów naraz i tak wspaniale utrzymanych.

Przechodzący koło „Cichej” widzieli często w ogrodzie willi starszego, niskiego pana, ubranego w biały fartuch, jak pieczołowicie doglada kwiatów, jak je podlewa, podpiera, przycina, jak krząta się niezmordowanie koło domostwa. Ponieważ do piętnastego roku życia mieszkałem wraz z rodzicami w „Cichej”, świetnie znałem profesora Kłosowskiego od najwcześniejszych lat życia. Traktowałem go jak swego dziadka. Był moim pierwszym, wielkim autorytetem. I to on w wielkiej mierze kształtował mój gust, estetyki, upodobania, zamiłowanie do sztuki, harmonii. Ze srebrną bródką i równie srebrną rozwichrzoną czupryną, o jasnych dobrotliwych oczach, ukrytych za dużymi okularami, jawi mi się w najdawniejszych moich wspomnieniach jako miły, pełen empatii, pogodny, wyrozumiały dla ludzi i świata stary profesor.

Przez długi czas nie wiedziałem, czego i gdzie uczy gospodarz „Cichej”. Mówili o nim „profesor”. Ważniejszy dla mnie i moich rówieśników był inny tytuł, jaki mu przysługiwał – malarz. To budziło respekt, a nawet podziw, to stwarzało aurę niezwykłości. Malarze bowiem (dzieci nigdy nie mówią artysta malarz) już z samego wyglądu zewnętrznego odróżniali się od innych ludzi: nosili przeważnie peleryny, kapelusze z szerokimi rondami, jakieś dziwne wstążki pod szyją, w dodatku jeszcze brody. Tak właśnie się nosił sławny malarz góralski, sąsiad zza płota, Gąsienica-Szostak, nie inaczej Rykała, a już niesamowite sprawiał na nas, dzieciach, wrażenie Hadowski z Gładkiej, podobny do proroka o rysach Norwida. Kłosowski nie ubierał się „po malarsku”, ale jego twarz, przypominająca Wyspiańskiego, mówiła znacznie więcej niż jakiekolwiek zewnętrzne atrybuty.

Mieszkając w „Cichej” powoli poznawałem jej niepowtarzalne, bajkowe piękno. Kiedy profesor oprowadzał mnie po pokojach, korytarzykach i różnych zakamarkach, odsłaniając kolejno tajemnice swego mieszkania, szedłem za nim jak urzeczony. Wszystko było tu dziełem sztuki: stylowe góralskie łóżka, stoły, stołki, stoliki, szafy, biurka, półki, które sam „wyzdajał”; kilimy, makaty, poduszki, haftowane „naskimi” wzorami i ornamentami, przede wszystkim zaś obrazy i portrety spod ręki profesora, niezmiernie precyzyjne, subtelne w rysunku, a jednocześnie prześwietlone jakąś słoneczną, radosną aurą, olśniewającą harmonią barw. I do tego jeszcze cudownej urody wycinanki z kolorowych papierów, hojnie rozesłane po mieszkaniu, wycinanki-koronki o fantastycznym, bajkowym wręcz bogactwie wzorów, o niewypowiedzianym wdzięku. Najbardziej lubiłem, gdy profesor wyprowadzał mnie przez niskie drzwi ukryte w ciemnej sionce do swojej pracowni artystycznej, zacisznej izby pod sklepioną powałą…

Podole, wieś Piłatkowice w ówczesnym polskim województwie tarnopolskim, w powiecie borszczowskim. Tu 1 lutego 1882 roku urodził się Karol Kłosowski, jako jedno z czworga dzieci miejscowego gajowego i rolnika Michała Kłosowskiego. Matka, Eudoksja ze Skoczylasów, prowadziła gospodarstwo i była jednocześnie wiejską krawczynią. Ojciec wywodził się z rodu ongiś szlacheckiego, herby Rola, osiadłego na Podlasiu, zaś dziadek brał udział w powstaniu styczniowym. Jak inne dzieci, Karol uczęszczał do miejscowej sześcioklasowej szkoły ludowej. Zdolnościami chłopca, o których już było głośno w całej wsi, zainteresował się miejscowy dziedzic, a zarazem prezes rady powiatowej, Antoni Józefowicz. On to, jako opiekun szkoły, postarał się o stypendium powiatowe dla Kłosowskiego i o wysłanie go do C. K. Szkoły Przemysłu Drzewnego w Zakopanem. Był to rok 1896, ważna data dla Karola Kłosowskiego. Zadecydowała ona o całym dalszym życiu przyszłego artysty i o jego trwałym związku z regionem podhalańskim.

Kłosowski uczęszczał do Szkoły Przemysłu Drzewnego przez pięć lat, w czasie których ukończył wydział ornamentyki, najbliższy jego zainteresowaniom. Zaliczył równiez rok nauki rzeźby figuralnej. Ponieważ jednak w szkole tej uczono rzeźby na antykach, na posągach klasycznych, a Kłosowski pragnął uczyć się również z natury, wystarał się o nowe stypendium powiatu borszczowskiego, by w oparciu o nie kontynuować studia w Krakowie, w Państwowej Szkole Artystyczno-Przemysłowej. Przyjęto go do tej szkoły od razu na trzeci rok, dzięki czemu mógł ją ukończyć w dwa lata (1901-1902).

Studiował także przez rok na wydziale rzeźby Akademii Sztuk Pięknych Pięknych w Wiedniu (Akademie der Bildenden Kunste). Niestety, stypendium zostało cofnięte i trzeba było wracać do kraju. Nie załamało to jednak studenta, który z pustymi kieszeniami, tym razem już bez żadnego oparcia, zapisał się na Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie. W bardzo ciężkich warunkach materialnych studiował w latach 1904 -1907 na wydziale malarskim Akademii, w pracowniach takich profesorów, jak Wyspiański, Stanisławski, Mehoffer, Wyczółkowski, Laseczka I Axentowicz. Ten ostatni był najważniejszym profesorem Kłosowskiego, wywarł nań największy i najtrwalszy wpływ.

W roku 1907 jedzie na krótko na Podole, do swego domu rodzinnego, by odwiedzić matkę I wkrótce wraca do Zakopanego. Więzy uczuciowe, zadzierzgnięte z tym środowiskiem w okresie „złotej epoki” witkiewiczowskiej, okazują się tak silne, że młody, dyplomem krakowskiej Akademii uhonorowany artysta, nie wyobraża sobie życia poza Zakopanem. Zbyt mocno wciągnęła go atmosfera tej niezwykłej wsi pod Giewontem, gdzie najwybitniejsi artyści i intelektualiści tworzyli nowe wartości kultury polskiej w oparciu o bogactwo folkloru góralskiego, o wielką rodzimą kulturę tego regionu. A zresztą gruźlica, jakiej Kłosowski nabawił się w czasie studiów, nie pozwala ociągać się z decyzją - wraca ratować w Tatrach zdrowie za przykładem tylu innych.

Jest rok 1907, Kłosowski ma dwadzieścia pięć lat. I wtedy właśnie następuje wydarzenie, które zwiąże go z góralszczyzną zakopiańską na śmierć i życie, wydarzenie owiane romantyzmem zgoła niepowszednim. Zamieszkuje w tym samym domu góralskim, w którym już mieszkał w ubiegłych latach - w „Sobczakówce” przy ulicy Kościeliskiej. Był to – jak już wspomniałem – jakby góralski pensjonat, dość popularny w owym czasie w Zakopanem, prowadziły go bowiem nader schludne i z wielką dbałością o gości trzy siostry Sobczakówny. W tym domu zatrzymywali się, często na dłuższy pobyt, różni sławni letnicy, wśród nich Jan Kasprowicz, brat Albert Chmielowski, Władysław Orkan, Maria i Bronisława Skłodowskie.

Właśnie w jednej z trzech sióstr, dumnej i sławnej poetce góralskiej, a jednocześnie gospodarnej Katarzynie Gąsienicy Sobczak, zakochał się ze wzajemnością niemal o pokolenie od niej młodszy Karol. W kościele parafialnym, w witkiewiczowskiej kaplicy św. Jana Chrzciciela, tak ulubionej przez artystów, odbył się w roku 1907 ślub Katarzyny i Karola. Ślub na razie potajemny, bo rodzina Kasi chciała, by poszła do klasztoru, była więc przeciwna związkowi z młodym malarzem. Niedługo jednak trwała ta tajemnica. Nowożeńcy zamieszkali w „Sobczakówce”, którą po naradzie familijnej przemianowali na „Cichą”.

O pierwszej posadzie Kłosowskiego zadecydował przypadek. Od roku 1908 uczył w Szkole Przemysłu Drzewnego Władysław Skoczyłas, który na pewnien czas musiał wyjechać do Drezna. Dyrektor szkoły, Stanisław Barabasz, powierzył tymczasowo wykłady z rysunku ornamentalnego figuralnego własnie Kłosowskiemu. „Zastępczy” nauczyciel wykazał tak wielkie zdolności, że władze szkolne we Lwowie powierzyły mu, tym razem już na stałe, posadę nauczyciela rysunków odręcznych i kompozycji w Szkole Koronkarskiej im. Heleny Modrzejewskiej w Zakopanem. Od roku 1912 do 1932, a więc przez dwadzieścia lat, Kłosowski uczył w tej szkole – tutaj właśnie przylgnął do niego tytuł profesora – w materii, którą znał najlepiej, której stał się niedościgłym mistrzem – w koronkarstwie. Bo te właśnie papierowe, koronkowe wycinanki, którym z taką pasją się oddawał, znalazły teraz wspaniałe zastosowanie, służąc uczennicom zakopiańskiej szkoły za wzory w projektowaniu robót koronkarskich.

W roku 1915, po ośmiu latach małżeństwa, Katarzyna umiera. Artysta jest załamany, postanawia już się nie żenić. Jednakże po upływie pięciu lat zakłada ponownie rodzinę. W roku 1920 żeni się z Jadwigą z Marusińskich, rodem spod Krakowa, nauczycielką. Przychodzą na świat dzieci, Helena i Bronisław. Pani Jadwiga Kłosowska była osobą wielce kulturalną, pełną energii i poświęcenia, wiecznie zabieganą i zatroskaną, krzątającą się niczym ewangeliczna Marta, byle tylko mąż, który „lepszą cząstkę obrał”, mógł służyć pięknu i wcielać je w życie. Pani Jadwiga zmarła w roku 1943 i profesor pozostał ze swoimi dziećmi i wnukami, w otoczeniu których żył w „Cichej” przez ponad 30 lat.

Karol Kłosowski, nie związany formalnie żadnymi służbowymi obowiązkami, oddawał się w swojej willi wyłącznie twórczości artystycznej, i to wielokierunkowej – oczywiście w czasie wolnym od codziennych zabiegów o dom, ogród, drzewa, kwiaty. Jeśli wycinanki stały się znakiem szczególnym artysty, wyróżniającym go spośród wielu innych, to jednak malarstwo zajmowało dominujące miejsce w całokształcie jego twórczości. W jego pracach przeważa krajobraz tatrzańsko-podhalański, obrazy szczytów, jezior, dolin, potoków, drzew, kapliczek, portrety starych górali i góralek, główki znajomych dzieci, słowem – cały świat, w którym i ja wyrosłem, który na zawsze będzie bliski mojemu sercu…

(W tekście wykorzystano fragment publikacji Włodzimierza Wnuka o prof. Karolu Kłosowskim z „Cichej”, a także liczne artykuły o „Cichej” i o prof. Karolu Kłosowskim autorstwa Marka Różyckiego seniora, publikowane na łamach Życia Warszawy I Gazety Krakowskiej).

(em)




 
 
Fot. archiwum Muzeum Tatrzańskiego
Fot. Marek Rózycki jr.
Fot. Marek Różycki jr.
 
Fot. Andrzej Samardak (Muzeum Tatrzańskie)
Fot. Andrzej Samardak (Muzeum Tatrzańskie)
Fot. Marek Różycki jr.
 
Fot. Andrzej Samardak (Muzeum Tatrzańskie)
Fot. Marek Różycki jr.
Jedna z prac Karola Kłosowskiego (arch. Liceum im. Antoniego Kenara)