ROZMOWY

EWA LANDOWSKA: Jak oddychanie, jak bicie serca

 
 
 
 
 
21 września 2016
 
EWA LANDOWSKA: Jak oddychanie, jak bicie serca
 
Fot. Sławomir Gubała
 
Z EWĄ LANDOWSKĄ, kompozytorką, wokalistką i ... kaligrafką, rozmawia Ewa Matuszewska.
 
Okazją do naszej rozmowy jest twoja najnowsza płyta Flynig Mountains. Ale w twoim życiu artystycznym, oprócz muzyki, jest jeszcze kaligrafia. Co było pierwsze i co jest ważniejsze?

Pierwsza była muzyka, zdecydowanie. W moim rodzinnym domu była zawsze, za sprawą taty, który odziedziczył po swoim ocju muzykalność. Pamiętam, że już wtedy, gdy grał nam na różnych instrumentach, bardzo mnie to ekscytowało.

Moje wspomnienia związane z fascynacją literami pochodzą jeszcze sprzed pierwszej nauki pisania. Zachował mi się w głowie taki kadr: osoba dorosła (nie pamiętam kto, ale przypuszczam, że któreś zRodziców) pisze, ja pochylam się nad tym i patrzę na znaczki (litery), które nic dla mnie nie znaczą. I właśnie to mnie w nich fascynuje:  nic dla mnie nie znaczą, chociaż wiem doskonale, że są czymś ważnym; wiem też, że niedługo się ich nauczę i przestaną być dla mnie czystą abstrakcją. Naturalnie, jako dziecko kilkuletnie nie myślałam takimi pojęciami, ale takie odczucia towarzyszyły mi wtedy, choć nie umiałam ich nazwać.

Zdaje się, że każde dziecko przeżywa tego typu fascynacje, to nie było nic nadzwyczajnego - dziecko lubi poznawać i uczyć się, tylko że ja z tego nie wyrosłam...Jednak na pytanie, co jest dla mnie ważniejsze nie potrafiłabym odpowiedzieć. Muzykę czuję bardziej organicznie, jest jak oddychanie, bicie serca, dźwiękiem mogę wyrazić najgłębsze przeżycia i na tym też polega moja muzyka. Nie potrafię śpiewać, czy komponować o niczym, ani też na zadany temat – w tym sensie na pewno nie jestem profesjonalistką. Płyta Flying Mountains jest tego najlepszym przykładem, bo nie była w ogóle planowana. Uświadomiłam sobie dopiero po pewnym czasie, że powstała. Trochę pomiędzy różnymi innymi kompozycjami, nad którymi pracowałam.

Czy można odnaleźć wspólne cechy tak różnych dziedzin sztuki? Jeden z moich przyjaciół twierdzi, że w twoim przypadku to precyzja.

Jakiś czas temu doszłam do wniosku, że kaligrafia jest bardzo muzykalna, ale trudno mi powiedzieć, czy ja postrzegam ją przez pryzmat muzyki, bo muzyka jest dla mnie jakimś centrum, czy rzeczywiście jest w tym coś uniwersalnego. Najróżniejsze dziedziny sztuki przenikają się  i okazuje się, że często tym spoiwem są pojęcia kojarzone głównie z muzyką. U Tolkiena jest bardzo muzyczny opis stworzenia świata i ja w to bardzo wierzę, że muzyka jako forma kreacji jest podstawą, źródłem, jest pierwsza. Nic też nie oddziałuje na nas tak silnie, jak muzyka, która potrafi budzić potężne emocje... choć nie zawsze dobre.

Co było bezpośrednią inspiracją dla powstania Flying Mountains?

Oczywiście osoba Wandy Rutkiewicz. Utwór, który powstał jako pierwszy z tych, jakie znalazły się na tej płycie, to Flying Mountains (Kangchenjunga). A powstał on w momencie, w którym emocje po lekturze twojej książki Uciec jak najwyżej. Niedokończone życie Wandy Rutkiewicz były we mnie jeszcze bardzo świeże. W tamtym czasie czytałam bardzo dużo książek o tematyce górskiej. Nie była to ani pierwsza tego typu książka, ani pierwsza o Wandzie, czytana przeze mnie,  zresztą chyba drugi raz. W książce znajduje się opis okoliczności, w jakich zaginęła Wanda. I to właśnie tak bardzo mnie poruszyło - gdy usiadłam do pracy nad kompozycjami do zupełnie innej płyty, powstała Kangchenjunga.

Czy przewidujesz kompozycję poświęconą innym tematom górskim, na przykład Tatrom, tak ci bliskim?

Obecnie kończę pracę nad albumem w całości poświęconemu van Goghowi. Od wielu lat jego twórczość i życie są mi bardzo bliskie. I mam już pomysły na kolejne płyty, nad którymi rozpocznę pracę jak tylko oddam album Sower (taki będzie jego tytuł). Jeśli muzyka inspirowana Tatrami powstanie,  to z pewnością nie w najbliższym czasie. Albo inaczej: teraz takiego albumu nie planuję, ale Flying Mountains też nie był planowany, nigdy więc nie wiadomo co się wydarzy... 

 „W końcu sztuka jest ważniejsza niż biografia” – śpiewa Jacek Kleyff w balladzie o śmierci Brunona Schulza. Zgadzasz się z tym? 

Tylko że w przypadku van Gogha sztuka bez jego biografii nie istnieje. Ja chyba nie wierzę w to, że artysta ma życie prywatne, które może oddzielić od sztuki, jaką tworzy. To chyba, między innymi, odróżnia artystę od rzemieślnika. Z drugiej strony nie jest też tak, że nie możemy być odbiorcą czyjejś sztuki, jeśli nie interesuje nas biografia artysty. Wszystko zależy od tego jak chcemy to dzieło odbierać.

W przypadku mojej fascynacji sztuką van Gogha jego dzieło zrodziło we mnie potrzebę poznania jego życia . Zaczęłam zaczytywać się listami malarza, i pomyślałam, że tyle pięknej treści warto byłoby spróbować wyśpiewać. Wszystkie teksty z tego albumu to teksty van Gogha, choć – oczywiście – my je interpretujemy, nadając określony muzyczny wyraz, jak również składając w naszą opowieść.

Na scenie jesteś niezwykle energetyczną osobą, prywatnie - raczej introwertyczną i wyciszoną. Kiedy jest prawdziwa EL?

Zawsze staram się być prawdziwa. Na scenie mam tę samą rolę, co w życiu, jedynie wyrażoną w innej formie. Na scenie dysponuję też innymi środkami komunikacji, niż w codziennym życiu. Jeśli jestem na scenie energetyczna, to dlatego, że muzyka taka jest. „Energetyczny” to pojęcie, które może też być różnie rozumiane. Z pewnością nie traktuję muzyki w czysto rozrywkowy sposób.

Jakiej muzyki słuchasz, jaka literatura jest ci najbliższa?

Jestem kolorowa muzycznie, co oznacza, że słucham każdej muzyki, w której znajduję potrzebne mi w danym momencie treści. Nie dzielę muzyki na gatunki, zamykanie się w czymkolwiek jeszcze nigdy nie wyszło mi na dobre. Jestem więc otwarta na każdy rodzaj muzyki i nawet próba nazwania jej przychodzi mi z trudem, bo czuję wtedy, że zamykam jej ponad muzyczną wartość w jakichś pudełkach, do których nie wszyscy mają dostęp.

Spędzam też dużo czasu w ciszy. Gdy pracuję nad swoją muzyką, słucham zdecydowanie mniej, albo w ogóle. Gdy pracuję z literami, to też często w ciszy. Bardzo dużo muzyki słucham w samochodzie. Z zasady nie słucham radia, bo tam często muzyce przeszkadzają rozmowy, reklamy, dżingle i inne dźwiękowe plamy. Jestem za to w posiadaniu dość dużej samochodowej biblioteki muzycznej.

Podobnie z literaturą – lubię dobre książki i nie ma znaczenia, czy będzie to literatura faktu, beletrystyka, czy coś jeszcze innego. Nie widzę sensu, aby się ograniczać – wszystko może być inspirujące! Moje dwa ostatnie albumy muzyczne powstały po lekturze książek, podobnie jeden z ważniejszych moich projektów literniczych (Ziemia obiecana. Litera legalna),  realizowany w zakładzie karnym, zas bezpośrednią inspiracją dla jego powstania była lektura książki Zdrowe społeczeństwo Ericha Fromma.

Czym jest i powinna być sztuka w czasach zamętu i kryzysu wartości?

To bardzo trudne pytanie, bo – według mnie – sztuka jest wolna i nie jest tak, że powinna pełnić jakąś funkcję (chociaż może). Jako odbiorca sztuki, szukam w niej sposobu na przeżycie codzienności. Czasami konkretne dzieło pomaga mi zaakceptować to, czego nie potrafię zrozumieć. Zaakceptować, czyli przyjąć coś takim, jakie jest. Bardzo nie lubię cynizmu, w żadnej postaci, a mam wrażenie, że ostatnio w sztuce (i w ogóle w nas) jest go coraz więcej.

Myślę, że im człowiek słabszy, tym bardziej cyniczny. Cynizm to potężna broń i, o ile używana do obrony, da się tolerować, ale używana w ataku może być bardzo niebezpieczna. Gdyby zamiast cynizmu z tą samą zuchwałością używać czułości - jak bardzo zmieniłby się świat? Ale do tego potrzeba wielkiej siły i mądrości.

Strona EWY LANDOWSKIEJ

Płytę można kupić TUTAJ 

(em)