ROZMOWY

W USA i Polsce “osiołek” pracuje nieustannie

 
 
 
 
 
Z ALEKSANDRĄ ZIÓŁKOWSKĄ-BOEHM rozmawia Ewa Matuszewska
 
W USA i Polsce “osiołek”  pracuje nieustannie
 
Aleksandra Ziółkowska-Boehm z Suzy przed obrazem z Bali
 
Aleksandra Ziółkowska-Boehm, pisarka i dziennikarka, w latach 1972 – 1974 asystentka i sekretarka Melchiora Wańkowicza. Swą ostatnią książkę, "Karafkę La Fontaine'a", pisarz zadedykował tej, bez której książka by nie powstała - Aleksandrze Ziółkowskiej.
 
Podobno Melchior Wańkowicz dał ci pocztówkę, którą  podpisał „pracuj osiołku, pracuj”. Mówię tak niekiedy sama do siebie, gdy zapadam w nic nie pisanie. Takie żartobliwe popędzanie dobrze ci zrobiło - od roku 1975 do 2011 napisałaś blisko dwadzieścia książek, bardzo różnych zresztą. Nie licząc nadzorowanych serii, do których pisałas przedmowy, przypisy czy posłowia, jak na przykład do 16-tomowej serii Dzieł Wszystkich Wańkowicza.

Zaczęłam pisać już na studiach, w prasie łódzkiej, w Więzi, Literaturze, wywiady, felietony. Wybierając temat pracy magisterskiej na polonistyce na Uniwersytecie Łódzkim o Wańkowiczu, nie wiedziałam, że będę mu pomagała w pracy w ostatnich dwóch latach jego życia. Kiedy zostałam jego sekretarką i asystentką, stało się to szczególną sensacją – wielki, sędziwy pisarz i magistrantka polonistyki. Po śmierci pisarza zapraszano mnie do wielu domów ludzi związanych z kulturą, bacznie obserwowano i wypytywano o Wańkowicza. Opowiadałam, opowiadałam, aż w końcu przyjaciele namówili mnie - zamiast opowiadać, opisz czas spędzony z Wańkowiczem. Do napisania mojej pierwszej książki ostatecznie skłonił mnie Andrzej Kurz, ówczesny dyrektor Wydawnictwa Literackiego. Pisałam po całych dniach, przez cztery miesiące, rzecz dosyć osobistą. Książka się ukazała w ładnej płociennej okładce, miała trzy wydania. Ja kontynuowałam prace nad serią utworów wybranych Wańkowicza dla Wydawnictwa Literackiego i PAX-u i otworzyłam przewód doktorski na Uniwersytecie Wraszawskim.

W znaczący sposób uczestniczyłaś w pracy twórczej Melchiora Wańkowicza. Pomogło to we własnej pracy, na przykład w poszukiwaniu materiałów, w opanowaniu warsztatu literackiego?

Gdy jest się młodą osobą, tuż po studiach, ma się zapał do pracy z tak niezwykłym człowiekiem, to nie liczy się swojego czasu. Gdybym była starsza, pewnie broniłabym wolnych niedziel, uregulowanych, stałych godziny pracy. Ale widziałam, że Wańkowicz ściga się z czasem. On też to wiedział, kiedy zaczął pisać „Karafkę La Fontaine'a”, wymagajacą bendyktyńskiej pracy w zbieraniu materiałów. Zaangażowałam się tak bardzo w poszukiwania, że wystarczyło na dwa tomy. Wańkowicz nie oszczędzał się, pracował bez zwracania uwagi na godziny, nie miał wolnych dni, poświęcał się całkowicie tej książce. Pracował, choć czuł się coraz gorzej. Miał jeszcze chęć na nową książkę, o strzelcach podhalańskich, ale wiedział, że po ten temat nie sięgnie, bo czas miał naznaczony ciężką chorobą. Po śmierci Wańkowicza obroniłam doktorat, zaczęłam pracę w Teatrze Telewizji, i napisałam kilka książek. Rozpoczął się nowy etap mego życia.

I wyjechałaś z Polski.


Nie od razu. Przed stanem wojennym znalazłam się w Kanadzie, zaproszona tam na nieduże stypendium przez Kanadyjsko - Polski Instytut Badawczy w Toronto.Tam mnie zastał stan wojenny, przedłużyłam pobyt, uzyskałam bardzo dobre dwa stypendia. Kanada obchodziła dwustulecie swego istnienia i w ramach obchodów tej rocznicy ogłoszono konkurs na książki na temat największych grup etnicznych, o życiu tych grup w Kanadzie. Stypendium na pisanie książki wygrały trzy osoby: Japończyk, Ukrainiec i ja. Ministerstwo Kultury Ontario nadzorowało projekt, dostałam także wsparcie z Fundacji Adama Mickiewicza w Toronto. Przygotowywałam się starannie - czytałam pamiętniki emigrantow, rozmawialam ze starą, ale i młodszą Polonią. Chciałam pokazać mozaikę różnorakich postaci i ich losy w Kanadzie. Wśród autentycznych osób, o których napisałam, był znany radiowiec Peter Gzowski, potomek słynnego Casimira, Maria Zielińska z Biblioteki Narodowej i dr Tadeusz Brzeziński, przedwojenny konsul RP w Montrealu, piękna zasłużona postać wśród nie tylko montrealskiej, ale całej Kanadyjskiej Polonii.

Moja opowieść o Tadeuszu Brzezińskim i jego losach trafiła do jego znakomitego syna. Poleciałam do Waszyngtonu i przeprowadziłam z nim wywiad. Rozmowę z dr Zbigniewem Brzezińskim, wybitnym Amerykaninem urodzonym w Polsce i mającym kanadyjski rozdział w swoim życiu, włączyłam do książki. Ukazała się pt. „Dreams and Reality”, a później w Polsce jako „Kanada, Kanada”. Rozmowę tę po latach uzupełnilam i dałam w książkach: angielskojęzycznej „The Roots Are Polish” i polskiej „Korzenie są polskie”.

W Toronto napisałam także książkę poświęconą senatorowi polskiego pochodzenia, dr Stanleyowi Haidaszowi, którą mi wydała Polonia w Toronto, później w Polsce ukazała się pt. „Kanadyjski Senator”. W sumie byłam dwa lata i trzy miesiące w Kanadzie, wróciłam do Polski na Boże Narodzenie 1983 roku. Wszystko przywitałam ze łzami, że wróciłam do siebie, że mam tu Rodziców i braci.

Przychodzi rok 1990 i zmieniasz stan cywilny.


Napisałam i wydałam wcześniej książki „Z miejsca na miejsce”, „Moje i zasłyszane”, „Na tropach Wańkowicza”, „Proces M.Wańkowicza 1964 roku” i wyjechałam na amerykańskie stypendium Fulbrighta do Stanów. Poznałam Normana. W 1990 roku pojechałam na drugie stypendium, tym razem Fundacji Kościuszkowskiej, i zaraz po jego zakończeniu, w czerwcu, wyszłam za mąż. Bardzo się bałam tego małżeństwa, mieszkania poza krajem. Zawsze dotąd wracałam, miałam poczucie domu we własnym kraju. Ale była też inna sytuacja - Polska była już wolna, nie miałam odczucia, że ... uciekam.

Mój mąż to człowiek otwarty na świat, na różne kultury. Może nie jest typowym Amerykaninem? Ma ukończone studia chemiczne i prawnicze, jest wysokiej klasy specjalistą od pisania kontraktów. Dwadzieścia trzy lata pracował poza Ameryką, w Arabii Saudyjskiej, potem w Londynie i w Stavanger w Norwegii. Od naszego ślubu, z czasem, stał się swoistym polskim patriotą, zabierał wiele razy czynny głos na rzecz, na przykład,  przyjęcia Polski do NATO.

Co cię ciągnie do Polski?

Wszystko!

Wyszłaś za Amerykaniana, od lat mieszkasz w USA, jednak wciąż tkwisz w polskich tematach, wciąż szukasz polskich śladów na obczyźnie.

W pisanie o Polsce wkładam wiele serca i emocji wczuwając się w trudne losy bohaterów moich książek. Tak było przy pisaniu „Kai od Radosława czyli historii Hubalowego Krzyża”, „Dworu w Kraśnicy i Hubalowego Demona”, książki „Lepszy dzień nie przyszedł już”, czy wspomnieniowej „Ulicy Żółwiego Strumienia”.

"Lepszy dzień nie przyszedł już" ukazuje się niebawem w warszawskim wydawnictwie Iskry. O czym jest ta książka?

Bardzo na nią czekam. Zawsze martwię się o nową swoją książkę i niepokoję, jak zostanie przyjęta. Chciałabym się nią zaopiekować jak najczulej ."Lepszy dzień nie przyszedł już" zawiera trzy opowieści - związane z polską historią, polskimi losami. Sa to historie rodzin, czy - jak w przypadku Wartanowiczów- sagi rodu. Pokazuję wyrzuconych ze swoich domów konkretnych ludzi, których wcześniej przedstawiam czytelnikowi i się z nimi niemal zaprzyjaźnia. Pokazuję, co się działo z nimi i ich rodzinami. Wywózki, obozy, nasze polskie tragedie.

Pokazuję niezwykły hart ducha i wolę przetrwania w jakże ciężkich sytuacjach, i pokazuję dalsze pokolenia. Piszę, co stało się z rodzinami patriotycznych dzielnych ludzi, z ich dziećmi i wnukami, którzy mieszkają teraz w Stanach Zjednoczonych, w zachodniej Europie czy w Johannesburgu, ale i w Polsce. Jak patrzą i czy chcą wiedzieć o pokoleniach swoich dziadków, którzy przeszli gehennę. Niczego nie krytykuję, niczego nie oceniam, pokazuję postawy pewnej generacji ludzi, i póżniejsze. Czytelnikowi zostawiam nasuwające się przemyślenia.... Wiesz Ewo, duże fragmenty tej ksiazki pisałam na przydechu i ze skurczonym sercem.

Jak piszesz? Jaka jest twoja recepta na pisanie i pokazywania tych przecież niełatwych i bolesnych tematów?


Piszę jakby cała sobą i w pisaniu jestem sama ze sobą. Staram się jednak zapanować nad emocjami, bo inaczej niczego sensownego bym nie napisała. Uważam, że mogą one popychac do pisania, ale nie mogą zapanować. Trzeba tekst odłożyć na pewien czas i cyzelowac, ukryć wszystkie emocje... (świadomie pełną czułości jest moja opowieść „Podróże z moją kotką”). Na pewno z uczuciem ale spokojnie napisałam „Otwarta rana Ameryki” poświęconą współczesnej sytuacji amerykańskich Indian. W USA targają mną bowiem rozmaite odczucia.

A jak jest w Polsce? Emocje mogą się tutaj rozhuśtać?


Tutaj jest bardzo różnie.. Przede wszystkim, cieszę się wszystkim, co jest w Polsce. Jestem w kraju dwa razy w roku, zwykle są to kilkutygodniowe pobyty. Ale w Zakopanem byłam ostatni raz dziesięć lat temu.

Czym dla ciebie jest Zakopane? Mitem kulturalnym, literackim? A może nastąpiło zderzenie mitu z rzeczywistością nie najpiękniejszą?

Basia Wachowicz mówi, że tu się wychowała, ale ja wychowałam tutaj mojego syna, Tomka, który dziś jest dziennikarzem. Sama go wychowywałam. Każdego roku byłam z nim w Zakopanem, zawsze przyjeżdżaliśmy do Halamy, do pani Kasi Wojakowej. Należałam do ZAIKS-u już jako dwudziestoparoletnia literatka, dlatego mogłam przyjeżdżać do Domu Pracy Twórczej. Z rozczuleniem i radością widzę, że Halama nie zmieniła się, są już wprawdzie inne panie, ale nastrój pozostał taki sam. W Halamie spotykalismy się z Basią, jej Ziukiem, Bogusławem Kaczyńskim, Zbigniewem Rogowskim. W czasie pierwszego przyjazdu z mężem, na początku lay 1990-tych, zdarzyła się zabawna sytuacja – byliśmy na Gubałówce z Michałem Radgowskim, który powiedział, bym przetłumaczyła Normanowi, że te podziwiane przez nas Tatry należą do Czechosłowacji...

Wtedy mało kto nazywał Tatry po południowej stronie „Słowackimi”, choć zapomniany dziś piosenkarz Tadeusz Woźniak śpiewał, że ma „dziewczynę po słowackiej stronie”. W roku 1968, w sierpniu zmodyfikonao tekst „a ja mam dziewczynę po słowackiej stronie, wsiądę na transporter i postrzelam do niej. Hej Hanno, kryj się, kryj..”

...Powiedziałam wtedy Michałowi: – Po co będę tłumaczyć, niech Norman sobie je podziwia jako polskie. Starałam się mu zawsze pokazywać Polskę od najlepszej strony, nie tłumaczyłam mu różnych politycznych zawirowań, bo ta wiedza do niczego nie była mu potrzebna. Norman zachwycał się Zakopanem i Tatrami. Mówił dłuższy czas, że ładnie by było, gdybyśmy mieszkali w Zakopanem i tylko wpadali do Warszawy.

Ale nie wykorzystywałaś w swej twórczości zakopiańskich wątków?

Nie, nie byłam tak wrośnięta w środowisko zakopiańskie jak Basia Wachowicz, zaprzyjaźniona z Marusią Kasprowiczową, pisząca zakopiańskie książki i artykuły. Dla mnie Zakopane zawsze łączyło się z przyjemnością i swoistą radością, że tu jestem. Pierwszy pokazał mi Zakopane Ojciec, byłam tu też ze starszym bratem i jego rodziną, i potem były regularne przyjazdy z moim synem. Pobyt w Zakopanem zawsze to było swoiste święto. Również na samym początku małżeństwa z Normanem byliśmy w Zakopanem, w niedługim czasie trzy razy. Dotąd opowiada swoim znajomym o Zakopanem, mówi także, jaką ma cudowną architekturę i jaka to piękna polska perła.
Z latami tak się porobiło, że będąc w Polsce byłam uwikłana w różne sprawy zawodowe, w pisanie, promocje, trudno było mi znaleźć czas na oddech w Zakopanym. Ale wciąż narzekałam, że nie mogę wygospodarować tygodnia, by pojechać w Tatry...

I jak widzisz Zakopane po tylu latach?

Zawsze niezwykłe, ale też przeraża mnie i budzi niesmak komercjalizacja. Idziemy na spacer pod skocznię i wszędzie atakują człowieka stragany z dość obrzydliwymi „pamiątkami”. Do tego ogłuszająca muzyka. Wiem, że te stragany stoją na prywatnym terenie, a prywatna własność to rzecz święta, albo inaczej mówiąc „wolnosć Tomku w swoim domku”. Niestety, Zakopane stało się towarem na sprzedaż. Nie ono jedno, Ameryka ma wiele takich miejsc.

Nic nie zostało z mitu Zakopanego? Dwudziestolecie międzywojenne, literaci, malarze, filozofowie...

Ciagle myślę o tamtych czasach z szacunkiem i pietyzmem, cenię Basię Wachowicz, że tak wspaniale je opisuje. Dla mojego pokolenia tamto Zakopane wciąż trwało, mimo zmian ustojowych i kulturowych. A tego nowego Zakopanego jeszcze nie rozgryzłam – na razie mnie jakby drażni.

Masz ochotę je „rozgryzać”? Na spotkaniu w Białej Izbie Związku Podhalan, na promocji tomiku poetyckiego Jerzego Tawłowicza „Serce z widokiem na Giewont” spotkałaś się z nieco innym Zakopanem.

Podobało mi się to inne Zakopane bardzo... To niezwykłe mimo wszystko miasto dla mnie zawsze było prywatną sprawą, zawsze tu pisałam, choć nie o Zakopanem. Przyjeżdżałam na dwa tygodnie w lipcu z synem i jeden tydzień jakoś tradycyjnie był deszczowy. Pisałam na maszynie po Wańkowiczu, na malutkim Hermesie, maszynie z historią: Wańkowicz przekraczał z nią wpław granicę w Zaleszczykach podczas wojny. Potem pożyczałam ją Rysiowi Kapuścińskiemu, sama pisałam na Olivetti. Od lat piszę oczywiście już na komputerze. Wiele godzin na pracy tu spędziłam, i odbyłam wiele wiele godzin spacerów. Mam w pamięci obrazy, widoki, zapachy, które pozostaną ze mną jako najdroższe do końca życia.

Jest ładna książeczka „Nie minęło nic, prócz lat”, w której znalazło się co najmniej 100 listów Szymona Kobylińskiego do mnie i Zakopane też tam się pojawia. W listach Szymon pisze, że nie może zrozumieć, jak mogę żyć w Ameryce – według niego nasi górale mają swój styl, tradycję, kulturę, a Amerykanie nie mają niczego. A ja piszę, żeby przestał narzekać na Amerykę i jej bronię.

Jakiej Ameryki bronisz?

Bardzo różnych Ameryk – Ameryki wynalazków na miarę Nobla, Ameryki wybitnych muzyków i znakomitych orkiestr, Ameryki literackiej, filmowej. Ameryki pomagajacej ludziom zdolnym, pracowitym... Amerykanie nie wstydzą się mówic, o czym marzą, kim chcieliby być, mówią o swoich sukcesach, i jakoś to nie drażni. Polacy tego nie potrafią, a ja lubię taką szczególną prostolinijność. Bronię Ameryki pełnej kultury, otwartej, dającej ludziom szanse na nowe życie.

Polscy emigranci potrafią korzystać z tych szans?

Są różni. Są Polacy w kraju, którzy narzekają na Polskę, znajdując ku temu sto pięćdziesiąt powodów - politycznych, ekonomicznych, zawodowych, towarzyskich czy religijnych. Przyjeżdżają do USA i są tacy sami. Znajdą sobie dwadzieścia nowych powodów, by nie lubić tego nowego kraju. A do tego lekceważące określenia: „Kanadyjce”, „Amerykańce”... Niektórzy na okrągło oglądają polską telewizję – na przykład w Teksasie słońce, upał, a nasz rodak patrzy na śnieg padający w Polsce i narzeka, że nie sprzatają go. Narzeka, że wybrali na posła Kowalskiego, a nie Malinowskiego. I robi wrażenie, że oprócz tego, kto jest prezydentem, nie wie, co się w Ameryce dzieje. Cierpi na swoiste rozdwojenie jaźni – w Polsce było mu źle, w USA też mu nie najlepiej. Jednak gdy ktoś ma pozytywne nastawienie, jest pracowity i rozważny, to oczywiście poradzi sobie w Ameryce. Wielu jest znakomitych Polaków, którzy zajmują wspaniałe stanowiska, są otwarci i twórczy, i mogę tylko z dumą o nich mówić. Wańkowicz mawiał, że człowiek jeśli ustawi sobie wysoko poprzeczkę, to nawet osiągając połowę, odniesie sukces. Ameryka, mimo kryzysu, wciąż jest krajem ogromnych możliwości

Czego nauczyła cię Ameryka?


Korzystania z przestrzeni i dystansu do wszystkiego. Nauczyła i pokazała że jest do „dotknięcia”, że przyjmuje obcych. Dostałam nagrodę stanu Delaware w „creative nonfiction”, wysłana zostałam jako „Fulbright scholar” na dwanaście miesięcy do własnego kraju. W Ameryce wydano mi książkę o amerykańskich Indianach, inną o kotce Suzy, niebawem ukazuje się tłumaczenie „Kaia Heroine of the 1944 Warsaw Rising”.

Ale do Polski musisz wracać?


Muszę i chcę. Teraz, w Zakopanem czuję, że wróciłam do domu. Małe miasto, małe góry – na miarę człowieka. Mój mąż jeździ na nartach i bardzo sobie chwali. Bywaliśmy w Utah, ale tamte góry choć piękne, dla mnie są jakby za ... duże. I architektura nie tak piękna jak w Zakopanem. Norman fotografuje tu nie tylko domy ale i płoty.
...Tatry to nie tylko góry – to ważny rozdział naszej kultury, historii, miejsce bliskie każdemu Polakowi.