FELIETON

Pępek czy koniec świata?

 
 
 
 
 
Obserwator Niskogórski
 
Pępek czy koniec świata?
 
źródło zdjęcia: naszemiasto.pl
 
Nie ma na miejscowości świecie dostatecznie małej, by ogół mieszkańców nie uważał jej za pępek świata. Czy to będzie Moos Jaw w Albercie w Kanadzie, czy Pindamonyangaba w Brazylii, czy Użhorod lub Myślenice. Sto procent obywateli Zakopanego nie wątpiło nigdy, że ich osiedle jest centrum świata i będzie nim po wieki wieków. Zresztą wielu bywalców globu potwierdzało to mniemanie. Kto wie, może to była prawda?
 
Rafał Malczewski, syn Jacka, ceniony malarz, tak pisał we wspomnieniach o Zakopanem międzywojennym, zatytułowanych “Pępek świata”, przypominając świetność miasteczka pod Giewontem. Życie kulturalne miało wówczas inną jakość, spacerując Krupówkami można było spotkać Karola Szymanowskiego, Jarosława Iwaszkiewicza, Kornela Makuszyńskiego, Juliana Tuwima, Rafała Malczewskiego czy Xawerego Dunikowskiego z ufarbowanym na różowo (podobno nadmanganianem potasu) owczarkiem podhalańskim, Bacą bodajże. Na Harendzie rezydowała Marusia Kasprowiczowa, prowadząc nieformalny salon literacki, Witkacy portretował mniej lub bardziej znamienitych zakopiaczyków, wywołując skandale i uwodząc co piękniejsze damy. Było artystycznie, intelektualnie i snobistycznie. Zakopane należało do najmodniejszch kurortów II RP, gdzie należało się pokazać. Najlepiej z nartami na Krupówkach, po południu zagrać w Bristolu w brydża, a wieczorami dansingować w Watrze.

Dziś Zakopane modne jest inaczej. Po Krupówkach przewalają się anonimowe tłumy, zwłaszcza w sierpniu i w sylwestra. Artyści zakopiańscy tworzą zamkniete środowisko i to nie oni nadają styl miastu. Zamiast drewnianych willi, stawianych przez góralskich budarzy, deweloperzy “ze świata” budują (zgodnie z prawem) “obiekty wielkokubaturowe”, przez miejscowych nazywane “apartamentowcami”. Na portalach internetowych roi się od wpisów potępiających w czambuł chciwych dutków górali, nieudolne władze miasta i innych turystów, internauci zarzekaja się, że do Zakopanego to już nigdy w życiu. Przychodzi długi weekend albo wakacje i zakorkowaną “zakopianką” zmierza pod Giewont tłum rodaków, wśród których z pewnością są i ci, co to “już nigdy w życiu”. Tak więc Zakopane w pewnym sensie dla wielu jest wciąż “pępkiem świata”.

Ale można też na nasz “pępek” spojrzeć inaczej, ze świeżością wyobraźni pięcioletniej dziewczynki. Klara K., dziś dorosła już kobieta, gdy po raz pierwszy przyjechała do Zakopanego, z nieopisanym zdumieniem stwierdziła, że tutaj kończą się tory kolejowe. A jeśli pociąg dalej nie jedzie, to znalazła się na końcu świata! Tory zamkniete szlabanem, na horyzoncie Tatry, jednocześnie chroniące Zakopane i oddzielające je od innych światów. To był rzeczywiście koniec takiego świata, jaki znała, mieszkając na warszawskim Ursynowie.

To dychotmiczne myślenie o Zakopanem stało się przypadłością wielu zakopiańczyków. W zależności od nastroju (zwłaszcza spowodowanym halnym), doniesień prasowych, czy rozmów istotnych na trudne, zakopiańskie tematy, znajdujemy się “na końcu świata”. Potem przychodzi bajeczna, tatrzańska jesień, Krupówki pustoszeją, w teatrze Witkacego nowa premiera, Miedzynarodowy Festiwal Muzyki Kameralnej “Muzyka na Szczytach”, Spotkania z Filmem Górskim sprawiają, że określenie Zakopanego jako “pępka świata” (dodajmy: naszego świata) jest jak najbardziej uprawione. Do czasu...

(em)