FELIETON

Patriotyzm romantyczny kontra patriotyzm pozytywistyczny

 
 
 
 
 
Ewa Matuszewska
 
Patriotyzm romantyczny kontra patriotyzm pozytywistyczny
 
Fot. Mirosław Antos
 
Trzeciomajowe święto, poprzedzone Świętem Pracy i Dniem Flagi Rzeczypospolitej Polskiej, na tydzień przed wyborami prezydenckimi bardziej przypomina kolejną rundę kampanii wyborczej niż dzień radości dla wszystkich Polaków. Kandydaci na najwyższy urząd w państwie polskim wykorzystują każdą okazję, by dokopać kontrkandydatom, siebie prezentując jako prawdziwych patriotów, dzięki którym Polska zostanie zbawiona.
 
Tak więc cieszyć się z majowej jutrzenki swobody jakoś nie potrafię. Prawdę powiedziawszy, większość polskich świąt związanych jest z tragicznymi dziejami naszego narodu. Toteż chyba nic dziwnego, że nie za bardzo umiemy jako społeczeństwo cieszyć się z tych, które przypominają o wydarzeniach radosnych, takich jak Konstytucja 3 Maja czy Święto Odzyskania Niepodległości (choć świętowanie w listopadzie, najbardziej ponurym miesiącu w roku, u większości rodakłów nie budzi entuzjazmu). Nasza nieumiejętność wyrażania radości jest tak powszechna, że nawet na proste gesty, nie wymagające wysiłku, niewielu z nas potrafi się zdobyć.

Na przykład – z okazji świat państwowych prywatnie wywiesić biało-czerwoną, o co apelują politycy różnych opcji. Ale my nie wierzymy politykom, więc flag o barwach narodowych jak na lekarstwo. Kiedy za wywieszenie takiej flagi można było trafić do więzienia, a w najlepszym przypadku do aresztu na 48 godzin, zdarzali się desperaci, gotowi ponieść konsekwencje tego rodzaju. Teraz mamy wolność, więc korzystamy z niej, sprawiając niekiedy wrażenie, że na złość mamie odmrażamy sobie uszy.

Kolejną kwestią, nasuwającą się przy jakże patriotycznym święcie, jakim jest rocznica ustanowienia Konstytucji 3 Maja, to próba określenia, czym jest dzisiaj patriotyzm. Nie tak dawno przeprowadzano sondę wśród młodych ludzi, zadając im pytanie, czy byliby gotowi oddać życie w obronie ojczyzny. Przytłaczająca większość odpowiedziała, że nie. Czy należy oburzać się, a może raczej zaakceptować ich zdroworozsądkowe podejście?

Bo czyż można wyobrazić sobie poświęcanie własnego życia dla ojczyzny, do rządzenia którą pretendują: kandydatka w stylu lalki Barbie, zoologiczny antyfeminista brydżysta, plastikowy polityk z Krakowa, nawiedzony były rockman czy faszyzujący reżyser bodajże filmowy (nie wspominając już pozostałych, jeszcze bardziej egzotycznych kandydatów)? Jakim jesteśmy społeczeństwem, że daliśmy przyzwolenie na kpiny z naszego niezbywalnego prawa, jakim jest prawo wyborcze?

Całe szczęście, że dziś nie musimy być patriotami takimi jak nasi przodkowie – z bronią, na barykadach, najczęściej przegrani, wsadzani do więzień, zsyłani na Syberię, wieszani na warszawskiej Cytadeli. Cała nasza literatura romantyczna to jedna wielka martyrologia, od lat wtłaczana do głów dziatek jako lektura obowiązkowa. Jakie szanse na stanie się bohaterem naszych snów o potędze ma Stanisław Wokulski, kupiec robiący dobre interesy z carską Rosją, jeśli porówna się go z mickiewiczowskim Konradem, planującym zamach na cara? Wprawdzie jeden i drugi ponosi klęskę, ale w całkowicie odmiennych okolicznościach.

Kiedyś z lekkim oburzeniem słuchałam wypowiedzi jakiegoś socjologa, który próbował zdefiniować patriotyzm na miarę XXI wieku. Płacić regularnie podatki, przestrzegać prawa, pracować uczciwie, uczestniczyć w wyborach, szanować władze i współobywateli – to ma być patriotyzm? Tylko tyle? A może aż tyle?

(em)