FELIETON

Opowieść o tym, jak zagroziłam bezpieczeństwu granic Polski

 
 
 
 
 
Anna Plaszczyk
 
Opowieść o tym, jak zagroziłam bezpieczeństwu granic Polski
 
Fot. arch. autorki
 
Nieustannie jestem atakowana pytaniami – kto mi płaci za akcję ratowania koni z Morskiego Oka? Tym razem to ja chcę zapytać – kto zapłaci za ponad 30 procesów sądowych o mandaty dla uczestników legalnej manifestacji? Pan zapłaci. I pani. I ja. Po raz kolejny społeczeństwo poniesie koszty niekompetencji urzędników państwowych.
 
Zacznę od tego, że nie jestem sponsorowana przez producentów wózków elektrycznych, polityków ani żadne inne lobby. Nie sponsorują mnie również Luksemburczycy, którzy podobno zagrozili granicom Najjaśniejszej Rzeczypospolitej inwestując pieniądze w Polskie Koleje Linowe, o czym starosta tatrzański podobno poinformował już Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Ja również, zdaniem tegoż samego starosty, zagroziłam tym granicom, narażając je na szwank poprzez niepowiadomienie Straży Granicznej o akcji z 9 listopada 2014 roku

Jeszcze dzień, dwa, może trzy i jakiś ignorant aspirujący do roli Bonda odkryje wspólny interes mój i Luksemburczyków – osłabić granice i przejąć Tatry! A później Polskę całą. Tymczasem prawnik starosty jest prawdopodobnie potomkiem J23, albo nawet samego Szerloka.

Odkrył bowiem, że nie zgłosiłam "imprezy" z 9 listopada Straży Granicznej i nie zorganizowałam zastępczej organizacji ruchu. W tym gąszczu zawiłości szczwany lis przeoczył tylko jedną kwestię. Otóż od roku 2006 zgromadzenie publiczne nie podlega tym samym przepisom, którym podlegają imprezy sportowe i masowe. I cały trud wywodu logicznego na marne. Tylko cóż to za prawnik, co nie nadąża za zmianami prawa?

Jednak zakopiański sąd, by porządek zachować, czeka na decyzje kolejnych instancji, do których odwołuje się starosta tatrzański w sprawie legalności protestu. Tym razem prosi o przywrócenie terminu samego ministra administracji i cyfryzacji. Będzie próbował wciskać kit władzy centralnej, że o proteście 9 listopada nie wiedział i że dowiedział się o nim pod koniec stycznia… z prasy.

Wyjaśniając – w postępowaniu administracyjnym strony mają miesiąc, by się do niego przyłączyć, wykazując interes prawny. A interesem tym jest, zdaniem urzędników, własność drogi. Czyli znowu prawnik starosty nie zapoznał się z ustawą o zgromadzeniach publicznych, która takowe każe zgłaszać urzędom gmin bądź miast. Więc starosta w tym postępowaniu stroną pominiętą przeze mnie być nie może, bo to przepisy państwowe go pomijają.

Nie będę się nawet zniżała do udowadniania staroście, że o proteście wiedział przez jego rozpoczęciem i już wtedy opowiadał na prawo i lewo, że protest będzie nielegalny. Zatem – nie dotrzymał terminu przyłączenia się do postępowania, którego stroną nie jest i nigdy nie będzie. Absurd goni absurd.

Tak więc sąd czeka z ponad 30 procesami o mandaty w wysokości 50 do 100 zł, aż minister administracji zdecyduje, czy starosta jest stroną, czy nie jest. Przypomnę tylko, że manifestacja decyzją wojewody była legalna i to jest jedyna obowiązująca wersja. Tym samym uczestnicy protestu mieli prawo stać i siedzieć na asfalcie na odcinku od szlabanu na Palenicy Białczańskiej aż po Waksmundzki Potok.

W międzyczasie na kilkunastu rozprawach przesłuchuje raz po raz dwóch policjantów z Bukowiny Tatrzańskiej i sekretarza tejże gminy. Licznik bije, papiery się dwoją i troją.Uczestnicy legalnej manifestacji w obronie koni ściągani są z całej Polski, by po raz kolejny mogli opowiedzieć, że brali udział w legalnym proteście.

Tymczasem policja do dziś nie postawiła przed sądem sprawców wjechania końmi w ludzi. Za swoje czyny nie odpowiedzieli również fiakrzy, którzy taranowali, bili i zrzucali z drogi protestujących. Moim zdaniem nazywa się to samosądem i niebezpiecznym zbiegowiskiem. A to jest już przestępstwo. Zastanawiające jest to, dlaczego policja tego do dziś nie dostrzegła?

Być może zna przepisy prawa równie świetnie, jak prawnicy starosty? Być może korzysta ze starego kodeksu karnego i kodeksu wykroczeń? Być może wreszcie – założenie było takie, że należy ukarać Annę Plaszczyk? Zaraz, zaraz… Przecież udało nam się zarejestrować taką rozmowę… I na szczęście tej kamery żaden z fiakrów nie zdołał nam ukraść. Nie zginęła też karta pamięci z tej kamery tak, jak to się stało z kartą pamięci z dyktafonu jednej z uczestniczek protestu.

Swoją drogą sprytnie to sobie wymyślił sprawca tej zuchwałej kradzieży. Odbyła się ona na oczach szpaleru policji, co na szczęście również zarejstrowała jedna z wielu kamer protestujących. Proces o kradzież byłby ewidentny. Prawdopodobnie dlatego po jakimś czasie inny fiakier rejestrator dźwięku oddał właścicielce w obcecności policjanta. Ale już bez karty pamięci o wartości zaledwie 40 złotych. W ten oto sposób pewien fiakier pozbawił nas w zuchwały sposób materiału dowodowego, a jednocześnie – uniknął kary na kradzież cennego przedmiotu…

Obiecałam sobie, że kiedy już przestanie mnie obowiązywać tajemnica postępowania – opowiem Wam wszystkie absurdy, z jakimi przyszło mi się zmierzyć. W większość będzie wam trudno uwierzyć, ale zapewniam – bawić będziecie się przednio! Zupełnietak samo, jak podczas oglądania "Misia" Stanisława Barei.

PS. W wyniku wyborów samorzadowych zmienił się starosta tatrzański - Andrzeja Gąsienicę-Makowskiego zastąpił Piotr Bąk. Jednak choć urzędnicy zmieniają się, ciągłość i odpowiedzialność władzy trwa.

(em)