FELIETON

O święcie 4 czerwca, czyli między nami rebeliantami

 
 
 
 
 
Mariusz Koperski
 
O święcie 4 czerwca, czyli między nami rebeliantami
 
 
Takie nastały czasy, łatwo zostać “rebeliantem”. Zostaje się nim mimochodem, z dnia na dzień na podstawie procedury bardzo uproszczonej. Wystarczy oto być tam, gdzie nie trzeba, myśleć inaczej niż trzeba, a już sposób najprostszy, to głośno mówić to, co nie trzeba. I już, stało się.
 
To najprostsza procedura od wielu lat, dokładnie od 27. Jak twierdzi prezes, sama „rebelia” ciagnie się właściwie od dawna, może od tych wspomnianych 27 lat, może nawet zaczęła się wcześniej. Tliła się gdzieś pod skorupą pozorów, tu i ówdzie pojawiały się jakieś ogniska, a to Okrągły Stół, a to obalenie rządu Olszewskiego, potem klapa pierwszego rządu PIS, „zamach smoleński” itd.

Teraz wybuchła ze zdwojoną siłą, jako reakcja na „dobrą zmianę”. Że to niby z żalu za „dojną ojczyzną”. Ludzie śmieli wyjść na ulicę, bo podobno nie zgadzają się z wolą „suwerena”. Więc kim są oni sami? No właśnie „rebeliantami”, skoro suwerenem już nie. Jest w tym jakaś logika, straszna i śmieszna zarazem.

To nie przypadek,  chyba że wyznacznikiem, kto tu, kto tam, stało się świętowanie 4 czerwca. Zawsze się bałem, że władza (wszystko jedno jaka) zrobi z tego święta typowy rytuał z wszystkimi atrybutami polskiego patosu, że je po swojemu „upupi”. Nigdy jednak nie przyszło mi do głowy, że ktoś, zwłaszcza z obozu dawnej „Solidarności”, tak otwarcie spróbuje wyprzeć je ze zbiorowej świadomości.

Przypomina to trochę wymazywanie kolejnych postaci ze zdjęć z jakimś dykatorem. Znikają jedna po drugiej, jakby nie istnieli. Nam się próbuje wmówić, że coś się nie wydarzyło albo było zupełnie inaczej. Że nie poderwał nas wtedy zapał do działania i nagle odzyskana wiara, że Polska może być inna. Każe nam się zapomnieć o spontanicznej radości tamtych dni, o poczuciu wyjątkowości chwili. Że raz w naszej historii osiągnęliśmy coś bez zbędnych ofiar, bez przelewu krwi i kolejnego powodu do mesjanistycznej martyrologii. Jakby słowo „kompromis” w języku polskim zawsze już miało oznaczać „zdradę”.

Łatwo dziś, z perspektywy tych 27 lat,  gdybać i twierdzić, że można to było zrobić inaczej. Historia śmieje się z takich stwierdzeń. Bo przecież inaczej mogło oznaczać zarówno „jak w Czechosłowacji, albo „jak na Węgrzech” , ale także „tak jak w Rumunii” lub „tak jak w Chinach”.

Pamiętam wakacje po wydarzeniach w czerwcu 1989 roku. Spędzałem je w Dreźnie, wtedy jeszcze NRD. Pewnego dnia podszedło do mnie podekscytowany jeden z niemieckich znajomych i złożył mi gartulacje. Kiedy spytałem, czego mi gratuluje, powiedział, że właśnie usłyszał w radiu, że w Polsce powołano rząd Tadeusza Mazowieckiego. „U nas to się nigdy nie wydarzy” - dodał ze smutkiem. Kilka miesięcy później to ja wysłałem mu kartkę z gratulacjami z okazji zjednoczenia Niemiec. Kto mógł to przewidzieć?

Więc może kiedyś historia zakpi sobie i z obecnie rządzących. Może dziś warto być rebeliantem. Ostatecznie również wśród nich zdarzały się nietuzinkowe postacie. Taki na przykład Luke Skywalker, albo Han Solo. Niezłe towarzystwo, a na pewno lepsze niż tych „spod ciemnej strony mocy”. No tak, po polsku mówi się „spod ciemnej gwiazdy”.

(em)