FELIETON

Tatrzańskie lato po cepersku i po góralsku

 
 
 
 
 
Krzysztof Trebunia-Tutka
 
Tatrzańskie lato po cepersku i po góralsku
 
Fot. Anita Trebunia-Tutka
 
Ciągle się dziwię, że mimo wielkiej popularności naszych gór, owiec i oscypków, wiedza o nich jest tak naiwnie uładzona. Góry jawią się większości jako urocze tereny spacerowe, idealnie czyste owce pasą się u ich podnóża prawie same, czasem w towarzystwie przemiłych, łaszących się do obcych białych piesków, a oscypki “produkują się” szybciutko, seryjnie i sterylnie…
 
Ostatnio ekipa pewnej telewizji mocno się zdziwiła, że aby nakręcić scenę z porannym dojeniem owiec, trzeba stawić się z kamerą na sałasie o czwartej rano! O prawdziwym życiu na hali i tych barbarzyńskich porach dojenia wiedziałem od dziecka, pewnie dlatego nie zostałem juhasem... Mojemu ojcu chrzestnemu nie udało się też zrobić ze mnie polowaca, a i do gazdówki raczej mnie nie zachęcił… Kiedy obiecywał dać mi skóry na serdak, tłumaczył cierpliwie: Musis wiedzieć ze skóry som z owiec, owce jedzom w zimie siano, a samo siano na sope nie wyńdzie – przydź po niedzieli kosić...

Wielu przyjezdnych wyobraża sobie, że lato z owcami to czysta przyjemność, a juhas czy baca to romantyk pykający fajeczkę , spoglądający na pasące się stado owiec, śpiewający, grający i tańczący, koniecznie w paradnym stroju... Tymczasem to nie niedzielny strój, ale codzienne, znoszone odzienie chroni zapracowanych przez cały dzień pasterzy przed zimnem, deszczem, czasem upałem. Pilnują stada również w nocy, dlatego baby na sałasie trafiają się okazjonalnie, i to dopiero po „Świętym Janie”.

Delektując się oscypkami, gołkami, bundzem, bryndzą, parzenicą, redykołką, nie zdajemy sobie sprawy jak wiele pracy i pasji w tym niewielkim kawałku sera, ile pokoleń przekazało swoje doświadczenia i zawarło je w unikatowej recepturze. Pasterstwo to jedna z nielicznych dziś profesji, gdzie życie wyznaczają wschody i zachody słońca, z nieodłącznym zapachem dymu z watry, nieprzespanymi nocami i codzienną walką ze zmęczeniem.

Dzięki pracowitym rodom bacowskim dotrwała do naszych czasów kultura pasterzy – Wołochów. Przetrwały też wołoskie nazwy grzbietów górskich: Jaworzyna, Kiecóra, Magura, Przysłop; polan: Cyrhla, Kosarzyska, Hola, Solnisko; a także inne, związane z szałasem: kolyba, stronga, gieleta. Współcześnie Wołosi zamieszkują obszar od środkowej Grecji, przez Albanię, Macedonię, Serbię, po południową Rumunię, ale potomków dawnych Wołochów znajdziemy w całych Karpatach.

W „nowych” krajach unijnych, na przykład w Polsce, pasterze nie są doceniani, choć pracują bardzo ciężko; w „starych”, na przykład w Grecji – gdy leje, owiec nie trzeba nawet wyganiać na pastwisko, jak grzeje – tym bardziej. I jak tu „nie udawać Greka”?

Może dawni bacowie cieszyli się większym poważaniem, bo posiadali wiedzę tajemną, pozwalająca leczyć, zamówiać i odcyniać uroki, czarować? Dziś też czarują, ale głównie płeć piękną i nieuciążliwych turystów, raczej słownie i z humorem. Za to do poważnych zabiegów magicznych używają wyłącznie poświęconych składników: ziół z 15 sierpnia, kredy ze Święta Trzech Króli, sajt z Wielkosobotniego ognia. Mają też swoje tajemnice, których nie zdradzą nikomu, nawet własnej babie, choćby przychodziła do szałasu co noc!

(em)

OD REDAKCJI
Felietony Krzysztofa Trebuni-Tutki ukazują się w papierowej wersji Tygodnika Podhalańskiego.