FELIETON

Krytyka niby neoromantyzmu, czyli jak nie być ofiarą losu

 
 
 
 
 
Mariusz Koperski
 
Krytyka niby neoromantyzmu, czyli jak nie być ofiarą losu
 
Fot. archiwum autora
 
Na Kongresie Kultury, który odbył się niedawno w Warszawie, odczytano list prof. Marii Janion. Napisała w nim między innymi: “Dziś obserwujemy oczywisty, centralnie planowany zwrot ku kulturze upadłego, epigońskiego romantyzmu (…).Jakże niewydolny i szkodliwy jest dominujący w Polsce wzorzec martyrologiczny! Powiem wprost – mesjanizm, a już zwłaszcza państwowo-klerykalna jego wersja, jest przekleństwem, zgubą dla Polski. Szczerze nienawidzę naszego mesjanizmu”.*
 
Szczerzę tę niechęć podzielam, obserwując z przerażeniem postępującą propagandę absurdalnego neoromantyzmu i opartego na nim modelu patriotyzmu. Problem polega na tym, że to model uproszczony, nie waham się nazwać go prymitywnym. Pomija albo co najmniej stawia w cieniu wszystko to, co jest równie ważne, ale nie tak romantycznie atrakcyjne: zwykłą codzienną pracę na rzecz kraju, bolesne płacenie podatków, działalność społeczną i charytatywną, udział w wyborach, aangażowanie się w społeczny dyskurs, itp.

Wszystko to blednie przy obrazach bohaterstwa, walki z bronią w ręku, poświęcenia życia i szczęścia dla Ojczyzny, która otoczona zewsząd wrogami musi walczyć o przetrwanie. Nowymi bohaterami i wzorem do naśladowania stali się z dnia na dzień „żołnierze wyklęci”. To „z dnia na dzień” oznacza nie tylko pośpiech, z jakim dokonano wielkiej propagandowej pracy pod hasłem „wyrównywania historycznej niesprawiedliwości”. Oznacza to także, że dokonano tego „po łebkach”, tworząc na potrzebę chwili czarno-białe, łatwo przyswajalne klisze, zamiast wywołać temat i rozpocząć mądrą dyskusję.

Oczywiście, taka dyskusja z perspektywy rządzących jest niepożądana, bo rzetelnie przeprowadzona, wprowadziłaby półcienie, wywołałaby pytania i wątpliwości. A chodzi przecież o tworzenie mitu i stawianie pomników, więc wątpliwości to przejaw niepotrzebnego dekadentyzmu i defetyzmu. I jak tu nie myśleć, że wróciły czasy komuny?

Zmarnowano tym samym niepowtarzalną okazję pokazania młodym ludziom całego tragizmu „bycia Polakiem” w czasach zagubienia, na ukazanie „żołnierzy wyklętych” jako ludzi z krwi i kości, którzy musieli dokonać tragicznych wyborów (na przykład – czy podnieść rękę na rodaków uznanych za zdrajców?). Zamiast tego wrzucono do jednego workatych „wyklętych” i tych „zbłąkanych”, ucinając wszelką dyskusję w prawdziwie polskim stylu: Tak jest i już, a kto podaje to w wątpliwość, jest zaprzańcem.

Mesjanizm prowadzi nas na manowce. Jest usprawiedliwieniem dla braku wiary we własne możliwości i w wielką energię tkwiącą w społeczeństwie. Jesteśmy jak naburmuszone dziecko stojące samotnie w kącie. Nikt się nie chce z nami bawić, ale – przyznajmy szczerzenie – nie bez powodu. Wszyscy się do nas zrazili, bo jednych opluliśmy, innych pokopaliśmy po kostkach, a jeszcze innym pokazaliśmy język, próbując bezskutecznie udowowdnić swoją wartość. Co najwyżej dołączy do nas inna, równie nabzdyczona ofiara losu i wspólnie ponarzekamy na ciężki los outsiderów.

Bo czas najwyższy nazwać to wszystko po imieniu: „nabzdyczenie” to żaden element naszego mesjanizmu, żadne tam bronienie ostatniej twierdzy najwspanialszych wartości, tylko właśnie wyraz kompleksów i żałosna skłonność do zgrywania „ofiary”. Ofiary kogo, czego? Potężnych sąsiadów z imperialnymi ambicjami? Historii? Losu?

Pół biedy, jeśli skończy się na staniu w kącie i robieniu cierpiętniczych min. Gorzej, jeśli po fazie „budowania nowych elit w oparciu o prawdziwe wartości” (a śmiem twierdzić, że na tym ma polegać rzeczywista reforma w polskiej oświacie), mędrcy prowadzący polską politykę zagraniczną wmieszają nas w jakąś poważną awanturę, by kolejne stracone pokolenie mogło udowodnić miłość do Ojczyzny z bagnetem na broni. Oby nie. Bo wtedy ofiary losu staną się znowu ofiarami prawdziwymi. A będą nimi nasze dzieci.

* Cytat za: Tygodnik Powszechny, nr 42/2016