FELIETON

Kamienie w gardle i na sercu, czyli kiedy dziennikarz przestaje być bezstronnym obserwatorem

 
 
 
 
 
Anna Plaszczyk
 
Kamienie w gardle i na sercu, czyli kiedy dziennikarz przestaje być bezstronnym obserwatorem
 
Fot. Witt Kornaś
 
Po raz pierwszy w życiu wyszłam z roli bezstronnego dziennikarza i stanęłam na czele protestu. Protestu przeciwko znęcaniu się nad końmi na drodze do Morskiego Oka. Bo czasem aż nie wypada, w obliczu bólu i cierpienia, stać z boku i tylko beznamiętnie relacjonować.
 
Bycie pomysłodawczynią i logistyczką protestu nie było łatwe. Łatwo się go tylko wymyślało. To właściwie był impuls. Impuls, spowodowany bezsilnością. Bo każdy empatyczny człowiek tak reaguje na kolejne doniesienia o śmierci konia w Tatrach. Moja pierwsza myśl po przeczytaniu informacji, że Jukon padł na trasie? “Nic się tam nie zmieni… Nie mam na to żadnego wpływu…”

Energia wróciła, kiedy zaczęłam czytać wpisy oburzonych ludzi. Pomyślałam – oni są tak samo wściekli na sytuację, jak ja. Może powinniśmy wyjść na ulicę i pokazać nasze oburzenie? Ale przecież nie w Warszawie. W Tatrzańskim Parku Narodowym, na tej katorżniczej trasie, którą konie pokonują każdego dnia! Wyjdźmy na nią i ją zablokujmy, cała Polska powinna się dowiedzieć o tym, jak bardzo te konie tam cierpią…

Jak pomyślałam – tak też zrobiłam. Napisałam na Facebooku: “Zablokujmy wozy!”. I lawina ruszyła. Przyznaję, nie spodziewałam się takiego odzewu. Nie podejrzewałam, że w ludziach jest tak wiele determinacji, by jechać na protest ze Szczecina, Warszawy, Wrocławia, Katowic czy Poznania. Media zarzucały nam, że z tych niemal 4 tysięcy, którzy kliknęli “wezmę udział”, na Palenicy pojawiło się zaledwie 130 osób. Ja uważam, że to prawdziwy sukces.kamienie w gardle i na sercukamienie w gardle i na sercu

Protest “Spacerem do Morskiego Oka” był prawdziwym sukcesem, bo pierwszy raz wyszedł poza granice internetu i pokazał, że Polakom cierpienie tych koni leży na sercu. Po raz pierwszy w obronie tych koni realnie, na ich codziennej drodze, stanęli zwykli ludzie. Nie przedstawiciele organizacji broniących praw zwierząt, ale właśnie “normalsi”. Ja jestem dumna, że zebrałam tak dużą grupę ludzi o pięknych sercach. Wielu z nich przeznaczyło na ten wyjazd oszczędności odkładane na inne cele.

Blokada zamieniła się w pokojowy spacer, gdy dyrektor Tatrzańskiego Parku Narodowego, Szymon Ziobrowski, ogłosił zmianę jakościową w transporcie turystów do Morskiego Oka i zapowiedział testy elektrycznego i ekologicznego meleksa. Niestety – bywam naiwną panienką. Uwierzyłam dyrektorowi i złagodziłam protest. Dostałam za to solidnie po głowie od wielu osób, które uważają, że półśrodki nie pomogą nam wygrać życia tych koni. Wiele osób zrezygnowało z przyjazdu właśnie dlatego, że nie wierzą już w dialog z TPN.

W tamtej chwili uważałam jednak, że trzeba dać Parkowi szansę. W końcu – jak coś obiecuje – na pewno obietnicę spełni… O święta naiwności… Wracając do protestu. Wyszliśmy z Palenicy Białczańskiej przed 10 rano, w deszczową i chłodną niedzielę 24 sierpnia. Przechodząc obok koni wszyscy mieliśmy kamienie w gardle i na sercu. Ciężko powstrzymać emocje, kiedy się wie, że te zwierzęta pracują tam ciągnąc ładunek o 200% przekraczający ich możliwości. Wszyscy wiemy, że ustawa o ochronie zwierząt kwalifikuje przeciążanie zwierząt pociągowych jako znęcanie się nad nimi, czyli przestępstwo.

Czy trudno było opanować emocje? Na pewno. Każdej z tych ponad 100 osób! Uspokajałam, tłumaczyłam, że w ten sposób możemy opowiedzieć Polsce o tragedii tych zwierząt. Że jeśli damy się sprowokować – przekaz medialny zdominuje awantura. Że przykryje ona merytoryczne argumenty. Że to osoby na wozach powinny się wstydzić. Że możemy im w milczeniu patrzeć w oczy, bo to wystarczy.

Miałam rację. Schylali głowy na widok transparentów z końmi, które ta praca zniszczyła. Ale byli też tacy, którzy wyzywali nas od bałwanów, ekoterrorystów czy dzieci (ku mojej radości – jesteśmy wszak młodzi duchem). Wykrzykiwali pytania, kto nam płaci. Otóż nikt nam nie płaci. I tym się różnimy – fiakrzy robią wszystko dla zysku, my – dla ratowania życia wydajemy własne, ciężko zarobione pieniądze.

Nie daliśmy się sprowokować. Nawet wtedy, gdy odjechała ostatnia kamera, a fiakrzy i turyści zrobili się jeszcze bardziej agresywni. Część z nas na Włosienicy została do ostatniego fasiąga. Specjalne podziękowania kieruję w stronę Justyny, Bogusi i Jurka. Ta cudowna trójka dostała się na górę na wózkach inwalidzkich. Oni nigdy nie domagali się istnienia krwawego konnego transportu i nie tłumaczyli potrzeby wjeżdżania na Włosienicę swoją niepełnosprawnością. Dziękuję Wam.

Właściwie dziękuję wszystkim. Nie ze wszystkimi miałam szansę porozmawiać. Pewnie nie wszystkich bym poznała bez tych czapek i peleryn przeciwdeszczowych. Ale wiem jedno – każda z tych osób na blokadę wozów na Palenicy Białczańskiej stawi się ze znajomymi. Bo silę takich akcji buduje się zaangażowaniem pojedynczych osób, ich historiami, które puszczają teraz w świat. Każda z osób, która przeszła ze mną trasę katorgi tych koni i patrzyła na ich morderczy wysiłek, już zawsze będzie chciała ZAKAZU PRACY KONI NA TRASIE DO MORSKIEGO OKA.

Ostatnie słowo kieruję do dyrektora Tatrzańskiego Parku Narodowego: Szanowny Panie. Nie jestem ekoterrorystką. Jestem dziennikarką, która straciła wiarę w dialog. Ma Pan szansę to naprawić, wywiązując się z obietnicy zmiany jakościowej w transporcie na drodze do Moka. Ma Pan szansę przejść do historii jako wizjoner, który wprowadził TPN do Europy. Jeśli Pan z tej szansy nie skorzysta – do historii przejdę ja. Przepraszam. MY. My, oburzeni obywatele kraju, którego jest Pan urzędnikiem, zablokujemy drogę do Morskiego Oka. I proszę mi wierzyć – usłyszy o tym cały świat.

(em)