FELIETON

Co by tu jeszcze zmienić, panowie, co by tu jeszcze zmienić?!

 
 
 
 
 
Mariusz Koperski
 
Co by tu jeszcze zmienić, panowie, co by tu jeszcze zmienić?!
 
Fot. Maciej Koperski
 
Nadchodzi epoka zmian. U nas nastała już jakiś czas temu, w całej Polsce przychodzi właśnie teraz. My jesteśmy mądrzejsi o rok, który upłynął od wyborów samorządowych, dlatego możemy sobie wyobrazić, co się święci w skali makro. Zmiany będą lepsze lub gorsze. Gorsze to te, które niczemu nie służą, poza tym, że “coś” zmieniają.
 
W Zakopanem świetnym na to przykładem jest bezsensowne połączenie Miejskiej Galerii Sztuki z Biurem Promocji oraz… planowane zamontowanie szklanych drzwi do pokoi w Urzędzie Miasta. O ile w pierwszym przypadku to szkodliwa ignorancja i brak zrozumienia funkcjonowania instytucji kultury, to w drugim chodzi raczej o zwykły populizm. Dość drogi dodajmy, bo to jakieś 100 – 200 tys. zł. z kieszeni podatników. Będą mogli za te pieniądze z satysfakcją zerknać, czy urzędnicy nie piją przypadkiem kawy w godzinach pracy, bo trudno sobie wyobrazić, że to sam burmistrz potrzebuje tych kosztownych szybek w drzwiach do kontrolowania własnych pracowników. Chyba po roku pracy powinien już dobrze wiedzieć, czy może im ufać, czy nie.

W skali kraju podobne kosztowne i „mądre” zmiany szykują się m.in. w szkolnictwie. Bo oto nagle okazało się, że naród chce likwidacji gimnazjów. I chce tego tak bardzo, że sprawa ta została już rzekomo przesądzona, ustawa już dawno napisana i od 1 września 2016 roku wrócimy do starego systemu. Dokładnie rzecz ujmując, do tego z czasów PRL-u. Tutaj zmiana będzie trochę droższa, bo mówi się, że operacja odwrócenia reformy szkolnictwa sprzed 15 lat może kosztować miliardy złotych. Dokładnie ile, nie wiadomo. Wiadomo, że będzie drogo!

Paradoks polega na tym, że zmiana następuje w momencie, kiedy gimnazja w końcu okrzepły, kiedy ciężką pracą nauczycieli, pedagogów i psychologów udało się wypracować mechanizmy radzenia sobie z tym, co było plagą w tych szkołach, czyli tak zwanymi „kłopotami wychowawczymi”. Zresztą nawet jeśli nie jest jeszcze idealnie, jeśli optymistyczne koloryzuję, to za połowę z tych miliardów można pomóc szkołom bardzo skutecznie, nie stawiając na głowie całego systemu i nie fundując dzieciom, młodzieży, rodzicom, nauczycielom i samorządom ryzykownego eksperymentu.

Bo jeśli gimnazja czegoś potrzebują, to właśnie specjalistów, którzy stanowić będą skutecznie wsparcie dla nauczycieli. Tak właśnie funkcjonują najlepsze szkoły na świecie, nikt tam nie wierzy naiwnie, że każdy nauczyciel jest alfą i omegą - fachowcem w swoim przedmiocie, genialnym psychologiem, pedagogiem i wychowawcą w jednej osobie. I tak powoli dzieje się i w naszych szkołach, bo stało się oczywiste, że tylko przy wsparciu specjalistów nauczyciel jest w stanie poradzić sobie ze stawianymi przed nim zadaniami wychowawcy. Ale występują tu ciągle znaczne deficyty, bo samorządy często nie stać na dodatkowe etaty wsparcia.

I pytanie następne: czy samorządy będzie stać na tak drogą operację? Nie oszukujmy się, część tych kosztów spadnie na pewno na nie. A przez piętnaście lat samorządy inwestowały w szkoły i w nauczycieli. Nawet jeśli po reformie uda się to jakoś na nowo poukładać, można sobie łatwo wyobrazić, że nie obędzie się bez dodatkowych kosztów.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że zapowiedzi „cofki” reformy szkolnictwa to przede wszystkim populistyczna podróż sentymentalna w krainę przeszłości, gdzie wszystko było lepsze i skuteczniejsze, zanim przyszli „ci inni” i popsuli. I że plany reformy nie wynikają z żadnych danych i analiz, lecz opierają się głównie na wrażeniu, że jest źle i trzeba to zmienić. I na sondażach, że ponad 60% obywateli sobie tego życzy.

Tymczasem dane, którymi rzeczywiście dysponujemy, to wyniki międzynarodowych badań umiejętności piętnastolatków PISA. A te mówią akurat coś odwrotnego niż twierdzą krytycy obecnego systemu: polskie gimnazja kształcą dobrze, w niektórych kategoriach ich uczniowie biją na głowę swych rówieśników z większości krajów europejskich!

Warto o tym pomyśleć, zanim zaczniemy wylewać dziecko z kąpielą.

(em)