FELIETON

O społeczeństwie obywatelskim z perspektywy drzewa.

 
 
 
 
 
Maciej Serweta
 
O społeczeństwie obywatelskim z perspektywy drzewa.
 
Fot. Maciej Jonek
 
U schyłku XX stulecia tłoczono nam do głów ideę społeczeństwa obywatelskiego. Jej różnorakie przejawy, zasady, koncepcje i idee. Z większym lub mniejszym skutkiem. Jedni połknęli bakcyla - inni wręcz przeciwnie. Jak wiemy z historii najnowszej idea społeczeństwa obywatelskiego w naszym kraju jest stosunkowo młoda. Nawet za czasów pierwszej "Solidarności" mówiło się raczej o "samorządnej Rzeczpospolitej", jako idei alternatywnej dla obowiązującego wówczas ustroju.
 
 Dla każdej z koncepcji społeczeństwa obywatelskiego punktem wyjścia jest człowiek. Autonomiczny, samorealizujący się, biorący udział w działalności ekonomicznej, kulturalnej, stowarzyszeniowej i każdej innej działalności, która rodzi się i rozwija w społecznościach lokalnych. I w tym miejscu się zatrzymam. Oto rodzi się i rozwija w społeczności lokalnej idea wyrżnięcia, dosłownie w pień, pokaźnych rozmiarowo pięknych drzew przy jednej z ulic znanego kurortu na południu kraju. Kilka osób ośmielonych tak zwanym Prawem Szyszki uzbraja się w stosowne glejty z właściwego miejscowo magistratu i... idą w ruch pomarańczowe Stihle. Walą się topole, czeremchy, świerki i wszystko inne, co drewniane z zielonym liściem, lub igliwiem. Nieważne - chore czy zdrowe. Wióry lecą na lewo i prawo. Grupa inicjatywna zrzeszona pod szyldem lokalnej społeczności macha sobie piłami spalinowymi nie pytając nikogo wokół siebie o zdanie. No bo przecież im wolno. Drzewa są niepotrzebne. Widać drzewo jako takie stanowi istotną przeszkodę dla samorealizacji autonomicznego człowieka i jest istotnym zagrożeniem dla jego działalności stowarzyszeniowej, kulturalnej i co chyba najistotniejsze w tej sytuacji - działalności ekonomicznej (Gdzie postawić czwartego busa ? W krzakach?) .

Tu i ówdzie za firanką patrzą oczy roniące łzę za drzewem, które było tu od zawsze. Gdzieś indziej pięści zaciskają się w kułak w poczuciu bezsilności. Gdzieniegdzie z ust wyrwie się przekleństwo. Mało to interesuje samorealizującą się ekonomicznie "lokalną grupę działania" - wszak zimy długie a opał kosztuje. Drzewo to wsad do pieca znakomity. Zaraz po śmieciach rzecz jasna. A poza tym: Moje drzewo. Na mojej działce rośnie i innym wara !

Ciekawy jestem, co by było gdyby taką samą logiką wykazywali się posiadacze parceli gruntowych, na których stoją słupy energetyczne. Ale w tym przypadku mogę być spokojny, bo przecież słup energetyczny to jest dobro wspólne. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wysadzi u podstawy stalowego słupa linii przesyłowej – już nawet nie dlatego, że prokurator będzie miał używanie ale, że sam wysadzający nie będzie miał prądu. Paradoksalnie drzewo - tak jak słup energetyczny jest takim samym dobrem wspólnym. Drzewa odgrywają ogromną rolę przyrodniczą i ekologiczną. Są środowiskiem życia wielu zwierząt, które wzbogacają bioróżnorodność siedlisk w których mieszkamy. Drzewa chronią przed hałasem i zatrzymują wody opadowe. Przyczyniają się do rozwoju wspólnot i społeczności lokalnych. Udowodniono, że w rejonach, w których istnieją urządzone tereny zadrzewione -  rośnie poziom związków wspólnotowych. Wreszcie drzewa i zadrzewienia wpływają na podniesienie jakości rekreacji i walorów turystycznych terenu, zaś aktywny udział mieszkańców przy urządzaniu zieleni przyczynia się do zacieśnienia więzi socjalnych – a te niejako wpisują się w ideę społeczeństwa obywatelskiego, którą tak gorliwie tłoczono nam do głów u schyłku XX stulecia.
 
Maciej Serweta