FELIETON

Rekord Guinessa i sportowa frajda dzięki lotce

 
 
 
 
 
Mariusz Koperski
 
Rekord Guinessa i sportowa frajda dzięki lotce
 
Fot. archiwum autora
 
Lotka waży około 5 gramów. W grze na serio powinna mieć pióra. Ortodoksi twierdzą, że plastikowa nadaje się raczej do kometki. A między badmintonem a kometką różnica jest wielka. Pojmie to każdy, kto po wakacyjnej grze na plaży pierwszy raz stanie na korcie naprzeciw doświadczonego badmintonisty.
 
Nagle okazuje się, że niewinna zabawa przeradza się w wyczerpującą grę, w której równie ważne, co fizyczna wytrzymałość, są technika i doświadczenie. Pot zalewa oczy, a w piersiach brak tchu, jak po długim biegu. A człowiek myśli zaskoczony: „Przecież ta kometka była taka prosta”. Była! Tymczasem trzeba wiedzieć, że gracz w jednym meczu badmintona potrafi zrobić sześć, a nawet siedem kilometrów! Więc pot i zadyszka są jak najbardziej na miejscu. No, w każdym razie ja się tak pocieszam, bo u mnie występuje to za każdym razem.

Podobno rekord w prędkości początkowej lotki po uderzeniu gracza to prawie 500 kilometrów na godzinę. Dla porównania w tenisie to niespełna 250 kilometrów na godzinę. Zaś szczytem umiejętności jest uderzyć lotkę nie tylko silnie, ale też na tyle precyzyjnie, by poleciała dokładnie tam, gdzie chcemy. Oczywiście najlepiej, żeby tam akurat nie było przeciwnika. Banalne? No to spróbujcie.

To sport dla każdego - dla młodych, starych, dużych, małych, szczupłych i tych z nadwagą. Teoretycznie każdy może wygrać z każdym. Albo przegrać. O tym drugim sam wiem najlepiej, ale nie zrażam się, czekając na progres w rozwoju rechniki i kondycji, które muszą w końcu nastąpić.

Gra pochodzi podobno gdzieś z Azji, ale cywilizacyjnego szlifu nadali jej rzekomo Anglicy. Zresztą nazwa „badminton” też pochodzi od nich, a konkretnie od Badminton House, posiadłości w pobliżu Bristolu, gdzie w 1870 roku odbył się pierwszy pokaz gry dwoma rakietkami i lotką, wykonaną z korka i piór. Dlatego konkretni Niemcy nazwali tę dyscyplinę bardziej przyziemnie „Federball”, czyli „piłka z piórami”. Oczywiście uwzględniając polską nazwę „kometka” wychodzimy znowu na romantyków, wpatrzonych w błękitne uniwersum.

Ale i tak najważniejsze jest coś innego: frajda. Niewiarygodna, wciągająca i uzależniająca radość z gry! Jeśli ktoś nie wierzy, wystraczyło być podczas bicia rekordu Guinessa w Zakopanem. , Wystarczyło popatrzeć, jak Zbyszek Szczerba i Krzysztof Wiśniowski „Żaba” grali swojego ostatniego seta po przeszło 24-godzinnych zmaganiach! Trudno nawet policzyć, ile kilometrów przebyli przez tę dobę, ile razy przerzucili lotkę przez siatkę. A na koniec dali prawdziwy popis finezyjnej gry i sportowej radości. Jakby dopiero zaczęli grać. I to dopiero jest rekord świata! Brawo!

(em)