FELIETON

Rocznica Chrztu Polski, czyli święto zjednoczenia w czasach rozłamu

 
 
 
 
 
Mariusz Koperski
 
Rocznica Chrztu Polski, czyli święto zjednoczenia w czasach rozłamu
 
Fot. archiwum autora
 
Na długo przed Mieszkiem chrzest w roku 496 przyjął niejaki Chlodwig z dynastii Merowingów, król Franków. Wbrew obecnemu skojarzeniu z Francją było to plemię jak najbardziej germańskie, a co do daty, to podobnie jak w przypadku chrztu Mieszka, historycy nie są jej pewni .
 
Podobieństw do historii chrztu piastowskiego księcia jest zresztą więcej. Na przykład to, że do końca nie wiadomo, co kierowało Chlodwigiem, że podjął ten ważki krok i zmienił na zawsze historię Europy. Czy uczynił to z przekonania, odkrywając w sobie zalążki prawdziwej wiary, czy też był to dowód na polityczny spryt i wizjonerstwo? Trudno już sobie dziś wyobrazić jakiś „twardy” historyczny dowód, który kiedykolwiek rozwieje te wątpliwości.

Tak czy inaczej i Chlodwigowi, i Mieszkowi chrzest się opłacił. Król Franków wykorzystał pozostałości cesarstwa rzymskiego, które w międzyczasie stało się państwem oficjalnie chrześcijańskim, już co prawda słabym politycznie, ale z solidnie rozbudowaną strukturą kościelną.

Na tej bazie stworzył Chlodwig królestwo rozległe i potężne. Otworzył tym samym drogę dla swoich następców do ostatecznego zjednoczenia Europy pod sztandarami Kościoła, do zbudowania związku między tiarą i koroną, który przetrwa długie stulecia. W roku 800 papież koronował w Rzymie Karola Wielkiego na cesarza, a od XIII wieku państwo niemieckie zaczęło nosić dumną nazwę Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego (oficjalnie rozwiąże je dopiero Napoleon w 1806 roku). Jednocześnie rozpoczął się długotrwały, mozolny i niebezbolesny proces chrystianizacji innych europejskich plemion. I tu właśnie pojawił się nasz Mieszko ze swoim chrztem.

We wszystkich tych dywagacjach zasadniczym pojęciem wydaje się słowo: „jednoczyć”. Zarówno Chlodwig, jak i Mieszko I, widzą w chrystianizacji szansę na zjednoczenie, oczywiście pierwszy myśli przede wszystkim w kategoriach odbudowy cesarstwa rzymskiego, natomiast dla piastowskiego księcia równie ważne co pozyskanie potężnych sojuszników (cesarstwo, ale także chrześcijańskie Czechy) jest także zjednoczenie Słowian i tym samym stworzenie państwa silnego wewnętrznie.

Jubileusz chrztu Polski jest więc (albo powinien być) naszym świętem zjednoczenia, a w każdym razie upamiętnieniem początków tego procesu. Pewnym paradoksem lub wręcz chichotem historii wydaje się zatem fakt, że oto świętujemy jubileusz początków jedności naszego państwa w chwili wielkiego rozłamu. Jeszcze bardziej groteskowe jest to, że jednym z powodów tego rozszczepienia jest właśnie stosunek społeczeństwa do Kościoła i tegoż Kościoła do społeczeństwa.

I tak się zastanawiam, jakim geniuszem być trzeba, żeby po stuleciach, kiedy to właśnie katolicki kościół był dla ludu Polan – Polaków najważniejszą instytucją ich łączącą, w ciągu kilku miesięcy rządów obrócić to ostatecznie w perzynę. Historia zatoczyła koło: znowu mamy w naszym kraju plemiona (co najmniej dwa) i znowu rozglądamy się wokół, szukając jakichś sojuszników. Kogo teraz znajdziemy? Podobno Brytowie nas chcą. Madziarzy coś przebąkują o sojuszu. Tylko czy to wystarczy na wkurzonego Rusa?

(em)