FELIETON

Drzazga w oku brata, belka w oku własnym

 
 
 
 
 
Ewa Matuszewska
 
Drzazga w oku brata, belka w oku własnym
 
Fot. Mirosław Antos
 
Tę historię dedykuję wszystkim tym, którzy uważają, że mają monopol na patriotyzm, prawo do oceniania i bezwzględnego niszczenia tych, którym pobłądzić się przydarzyło. I nie ma znaczenia, że działo się to wiele lat temu, w całkowicie odmiennej rzeczywistości, a winowajcy, których domorośli Katonowie próbują wdeptać w glebę, resztą swego życia próbują naprawić błędy i zło, które wyrządzili.
 
W katolickim kraju, gdzie podobno wierzących jest ponad 90 procent, miłosierdzie i umiejętność wybaczania z ogromnym trudem znajduje drogę do serc i umysłów rodaków. Przekonałam się o tym kilkanaście lat temu, kiedy lista Wildsteina (która wyciekła z IPN-u nie wiadomo jakim sposobem), w założeniu mająca oczyścić życie polityczne naszego kraju, złamała nie tylko kariery polityczne i medialne wielu osobom, ale też złamała im życie.

Nazwiska współpracowników UB i SB, opatrzone skrótem TW (chyba tajny współpracownik?) poznała cała Polska. Wcześniej została opublikowana lista Macierewicza, dotycząca bodajże likwidacji WSI, która również okazała się znakomitym narzędziem do niszczenia ludzi. Że na obu listach wśród ewidentnych szuj znaleźli się ludzie nie do końca winni? Nie miało to znaczenia, odłamki poleciały na wszystkich.

Kilka z nich trafiło moją warszawską przyjaciókę. W jej mieszkaniu na ósmym bodajże pietrze w stanie wojennym była przechowana "Berta", nadajnik III programu Radia Solidarność, spore zapasy (jak na M1) bibuły i gotowych książek, parę razy została też wyemitowana audycja Radia Solidarność, po której na Stegnach rozmigotały się światła w oknach - znak dla emiterów, że mieli słuchaczy.

Po pewnym czasie poprosiła o zabranie tego całego majdanu. Przyznała się do ciagłego strachu, do tego, że nie śpi po nocach, a za dnia ma wrażenie, że ktoś ją śledzi. Nie można było jej dłużej narażać, bo strach i zszarpane nerwy mogły doprowadzić do wpadki. Lokal został dokładnie oczyszczony, E. uspokoiła się, żadnej wpadki nie było, znaleźliśmy inne mieszkania. I tak dotrwaliśmy do 4 czerwca 1989 roku.

Aż po opublikowaniu listy Wildsteina (z którą nota bene nie zapoznałam się) zadzwonił ktoś bardzo mi kiedyś bliski i poinformował o tym, że E. była konfidentką i co ja na to. Cóż, najpierw zatkało mnie, a potem spytałam, dlaczego nikt z nas nie wpadł? Oszczędzili nas z sobie tylko znanych powodów? Potem wściekłam się i powiedziałam, że esbecja nie będzie mi dyktować,  z kim mam się przyjaźnić. Na to usłyszałam parę przykrych słów i rozmowa zakończyła się.

Nie wiem, jak E. po tych rewelacjach funkcjonowała,  nie mogłam pojechać wtedy do Warszawy, ale kiedy do niej zadzwoniłam, zapytała, czy jeszcze chcę ją znać. Powtórzyłam, że przyjaciół sama sobie wybieram i jeśli nawet zachowali się nie całkiem w porządku, nie ja będę ich sądzić.

Minęło trochę czasu i E. zaczęła mieć kłopoty zdrowotne. Stany maniakalno-depresyjne pogłębiały się, było coraz gorzej. Namówiłam ją, by zgłosiła się do IPN-u i sprawdziła swoją teczkę. Zrobiła to i okazało się, że ma status osoby pokrzywdzonej. Miałam nadzieję, że to przywróci jej zdrowie, jednak sprawy zaszły widocznie za daleko.

Nastapiła próba samobójcza, potem wiele miesięcy w szpitalach - na Nowowiejskiej i na Dolnej. Dziś E. powoli wychodzi z mroku, ale co zrobi krok do przodu, to wkrótce daje dwa do tyłu. Towarzyszę jej w tej trudnej drodze, niekiedy tylko zastanawiając się, czy byłabym z nią, gdyby okazało się, ze jednak była TW.  

Szybko jednak rozwiewają się moje wątpliwości, bo nie mogę być pewna swoich zachowań w takiej sytuacji. Dlatego też nie nie zamierzam pierwsza rzucić kamieniem w tych, którzy z racji głupoty wieku młodzieńczego, strachu o własne życie i o rodzinę, a nawet z prymitywnej chęci zysku przed laty zaprzedali się złu.

Dziś częstokroć są innymi ludźmi, wielu z nich  późniejszą działalnością i postawą w jakiejś mierze odkupiło swe winy. Więc? Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą; i taką miarą, jaką wy mierzycie, wam odmierzą. Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a nie dostrzegasz belki we własnym oku?( Mt 7,1-3).

PS. Jestem pewna, że znów usłyszę parę przykrych komentarzy na temat mojego relatywizmu moralnego, ale mam to gdzieś. A skrót IPN coraz częściej oznacza dla mnie Instytut Polskiej Nienawiści. 

(em)