FELIETON

“Antysystemowi” lekko nie mają

 
 
 
 
 
Mariusz Koperski
 
“Antysystemowi” lekko nie mają
 
Fot. arch. autora
 
Ciężko jest im być, kim by być chcieli, jeszcze trudniej takimi pozostać i nie stracić wiarygodności. A najtrudniej wytłumaczyć ludziom, o co im naprawdę chodzi i co chcieliby rzeczywiście zmienić. Tak, “antysystemowi” lekko nie mają. Kłopoty zaczynają się już na poziomie doboru odpowiedniego vocabularium. Są bowiem słowa, których im używać nie wolno, bo są za bardzo… “systemowe”.
 
Nie wolno mówić „partia”, bo to się kojarzy bardzo źle - przecież w kraju rządzi właśnie jakaś, jak nie ta, to inna, w każdym razie partie są trzonem tzw. klasy politycznej, a to nic innego jak system właśnie.  Z tego samego powodu nie wypada mieć „struktur”. Samo to słowo brzmi strasznie, bo zakłada jakąś hierarchię, tworzenie drabiny wpływów i odpowiedzialności, a to z daleka pachnie systemem. To już lepiej mówić, że jest się „ruchem”. To się dobrze kojarzy, brzmi tak bardziej „obywatelsko”, atrakcyjnie dla młodych, którzy brzydzą się polityką i sentymentalnie dla tych starszych, którzy pamiętają zryw „Solidarności”.

Broń Boże, nie można mieć też „programu”. Program, czyli lista działań, które chce się podjąć, żeby w kraju rzeczywiście coś zmienić, to obciach, bo i tak nikt go nie czyta i służy tylko mydleniu ludziom oczu. Trzeba to zastąpić czymś innym, na przykład „strategią”. Niby różnica niewielka, ale jednak brzmi lepiej i mniej „systemowo”. Dobrze jeszcze, by ta strategia była możliwie krótka, najlepiej jednopunktowa, dajmy na to: trzeba wprowadzić JOW-y i wtedy rozwiążą się automatycznie wszystkie problemy naszego „biednego”, „zrujnowanego” kraju.

Najważniejsze są jednak hasła. Krótkie, mocne, zdecydowane, odwołujące się do emocji, rewolucyjne. Mamy więc hasło główne, przewodnie: „zburzyć system”. Obok niego kilka haseł pobocznych, na przykład „zniszczyć patriokrację” albo „bić w urzędników”. Trochę to niepokojące, że jakoś mało w nich budowania, a dużo niszczenia, niesprawiedliwego generalizowania i wrzucania wszystkich do jednego worka, ale „antysystemowi” wierzą, że to jedyna droga, ewentualnie - nie mają specjalnie pomysłu co dalej.

Bo coś by wypadało na zgliszczach starego systemu zbudować. Najlepiej, żeby to nie była jakaś utopia, tylko zdrowe, dobrze funkcjonujące, nowoczesne państwo. Normalnie można byłoby zajrzeć w program i dowiedzieć się, jak to mają zamiar zrobić, ale tu nie ma w co zajrzeć. Więc pozostaje znowu wiara w cudowną moc JOW-ów. Wiara, że ludzie nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zaczną wybierać nie partyjnych działaczy, tylko mądrych, uczciwych i pracowitych obywateli.

A oni stworzą potem nowy, wspaniały „system”, pozbędą się w końcu tych złych i niekompetentnych i zastąpią ich dobrymi i odpowiedzialnymi. Może będą wśród nich koledzy z „ruchu”, znajomi i ktoś z rodziny, ale przecież najważniejsze, że to nikt ze starego, zepsutego systemu. I wtedy będzie pięknie, i wtedy będzie wspaniale. Ot, tak po prostu.

(em)