FELIETON

Bryczki na gumach i taksówki dla wybranych

 
 
 
 
 
Tadeusz Żeglikowski
 
Bryczki na gumach i taksówki dla wybranych
 
 
Wspominamy to, co niezwykłe. Zapada nam w pamięć odmiana. A Zakopane było codzienną, przecież jednak atrakcją. Z przedszkola pozostały łzy pierwszego rozstania, terror wychowawczyń, brutalność kolegów. Potem setkę jednakowych dni zapominamy.
 
W Zakopanem każdy dzień stawał się ważny i każdy wypełniał rytuał, wpisując się zarazem w porządek obrzędowy świątecznych momentów, które się tutaj spędzało: najczęściej, to znaczy zawsze - Bożego Narodzenia czy też Wielkanocy. 

No bo letnie wakacje w Zakopanem (o czym dalej) to już było tak, jakby nie wyjechać z domu, to już było nieszczęście, a nawet kara. Nikt przecież nie miał domu. Rodziny rozbito. Pamięć zmarłych, rozwodów, jakichś nielojalności w obliczu tak niedawnej wojennej zagłady, a nade wszystko brak przestronnych miejsc - nie sprzyjały zjazdom rodzinnym. Tłum przesiedleńców błąkał się po kraju. Socjalizacja. Fundusze Wczasów Pracowniczych, intendentki i instruktorzy kulturalno-oświatowi starający się ożywić turnusy w odebranych właścicielom domach.

Myśmy jednak mieli nasz, chociaż nie własny, przecież dom w Zakopanem. Swój adres na Drodze do Białego 12. Pensjonat, któremu na imię było "Astoria" i siostrzaną "Halamę" z "Orlikiem", niby młodszym bratem. Te hoteliki nazwano domami pracy twórczej. "Astorią" zawiadywał Związek Literatów Polskich, "Halama" i "Orlik" zostały oddane ZAiKS-owi.

Jednak w "Halamie" czy w "Orliku", choć w tym ostatnim tolerowano dzieci, dla nas było zbyt elegancko. Po prostu zbyt drogo. Rodzice przyzwyczaili się do "Astorii", z jej dobrym duchem w roli ochmistrzyni, hrabiną Marią (Mulą) Krasicką ( z domu Zdziechowska h. Rawicz (1915-1989), jej mąż Władysław hr. Krasicki z Siecina h. Rogala, (1910-1942), zginął w czasie wojny). Intendentką panią Żelechowską, z paniami sprzątającymi: Rózią, Kazią. Z kucharką Helą. Z Salonem z kanaponem, czarnym kredensem i zapachem latem i zimą zawalających przedsionek nart.

Do domu zjeżdżaliśmy końmi. Najczęściej to były dorożki. (Taksówki jeszcze na przełomie lat 50. - 60. to była kosztowna fanaberia). Tata, potomek starej krakowskiej powoźniczej rodziny starannie dobierał bryczkę, zwracając uwagę, czy koła ma na obręczach czy też ogumione. A potem..."Z dziecięcą radością pociągam za sznurek": sprawdzam co tam w salonie, biegnę do kuchni, przywitanie z Józefem i Rózią. No i ... Czy będzie HALNY?

Najczęściej był i śniegu na lekarstwo. Latem natomiast - lało. Szczerze mówiąc, jak na kurort, marne to Zakopane. I nawet się trudno dziwić internacjonalistycznej zbieraninie, krążącej dziś między Wiejską w Warszawie a brukselską centralą, że używając życia gdzieś miedzy Chamonix, Davos i Cortina d'Ampezzo nie bardzo się przejmują losem kilku linowych kolejek, spłachetka Kasprowego Wierchu czy Gubałówki. Tego maleńkiego skrawka Karpat, którego nie da się bez naruszenia elementarnych reguł ekologii przekształcić w alpejski kurort. Nie te rozmiary, by doprowadzać asfalt do Pięciu Stawów i kolejkami wywozić ceprów na Świnicę.

Zakopane nie jest na wczasy. Ono zrodziło się dla polskich serc i z patriotycznego ducha. Tu, pod najmniej represyjnym austriackim zaborem, zbierali się filozofowie i rewolucjoniści, pisarze i medycy, awanturnicy i amanci. Tu urządzono największe w Polsce obchody 500- lecia Bitwy pod Grunwaldem. Zbudowano pomnik Jagiełły, wytyczono ulicę Grunwaldzką. Do Zakopanego ściągali literaci i o nim też książek przybywa. Tak, Zakopane ze swoim halnym, śniegiem topniejącym zimą i deszczami tnącymi na wysokości gardła od wiosny do jesieni w rzeczywistości nie jest kurortem - jest Literaturą.

Piąty dzień leje, a tom się wybrał. Pojutrze muszę jechać. Nawet Giewontu nie widziałem na oczy! - Barometr się podnosi. W sierpniu bywają najpiękniejsze pogody. No trudno, deszcz musi się wypadać, cała klęska polega na tym, że nie ma tu co robić  z niepogodą. Gdzie się, człowieku, schowasz? Żeby tu jakiś kurhauz, rozrywki...(Andrzej Strug, Zakopanoptikon czyli kronika 49 dni deszczowych w Zakopanem).

Kurhauzów ci dzisiaj dostatek. Nawet panienka z dobrego (choć artystycznego) domu Młynarskich - Paulina wespół z góralską arystokratką, potomkinią rodu bajarzy Beatą Sabałą-Zielińską w rozdziale "Nierząd pod Tatrami", będącym fragmentem  "Zakopanego odkopanego", zainspirowane sarkazmem Witkiewicza (który w liście z 1937 roku wzdycha: Kurwa co tydzień jak Flaubert. Kurważ musi być zwiększony, jak woltaż, litraż i kilometraż (i metrampaż!), wymieniają ze swadą i bez zahamowań miejsca intymnej uciechy, stwierdzając w swoim "przewodniku":  Możliwe nawet, że sam Witkacy przeraziłby się, widząc, jak bardzo sprawdziło się tutaj postulowane przez niego "zwiększanie kurważu".

Nic dodać, takie to już nowe czasy. Trzecie tysiąclecie, XXI wiek. Kopę lat temu, a może nawet  dłużej,  w kulturze i w obyczaju trwał jeszcze wiek XIX. Czas telefonu i kolei żelaznej, elektryczności i maszyn do pisania. Ich łomot kołysał do snu w domu pracy twórczej literatów. Od początku Zakopanego niewiele się zmieniło.

Kiedyś Stanisław Witkiewicz, Władysław Orkan, Kazimierz Przerwa-Tetmajer czy mieszkający przy ulicy imienia autora "Na Skalnym Podhalu" Kornel Makuszyński. Teraz, czyli około 1960 roku w "Astorii": Sławomir Mrożek tłukł w maszynę scenę swojej nowej sztuki, ciszej szemrała elektryczna maszyna Stanisława Lema snującego "Bajki Robotów", otoczony dwójką pacholąt ( Agnieszką i Marcinem) Edmund Niziurski wymyśla "Sposób  na Alcybiadesa", Wiktor Woroszylski układa dla Natalki i Felka antologię "Nastolatki nie lubią wierszy", Maciej Słomczyński jako Joe Alex pisze kryminał. Pod pachą targa ciężkie pudło chwaląc się (a wszyscy mają go za mitomana), że to uznany za absolutnie nieprzetłumaczalny "Ulisses" Jamesa Joyca.

Księżyc przedziera się przez chmury nad Reglami. Pod "Pana Tadeusza", mieszczący się u samych wrót Doliny Białego pensjonat dla partyjnych urzędników z KC PZPR zajeżdża czarna, osobowa "taksówka" z warszawskimi prominentami. Pod nasz dom doczłapała się, klekocząc obręczami, stara, nawet nie ogumiona konna bryczka ze stacji. Pani Krasicka zostawia trójkę swych dzieci (Szymka, Maćka i Hanię), z którymi mieszka w jednym pokoju nr 4 przy salonie. Schodzi do kuchni witać wieczornych gości.

(em)